ETIOPIA - KAPSUŁA CZASU

Są takie miejsca w odwiedzanych przez nas krajach, po zobaczeniu których myślimy sobie, no właśnie dla tego warto było tutaj przyjechać. Dla mnie takim miejscem w Etiopii była Lalibela.

Dziewięć wieków temu, cesarz Lalibela postanowił wybudować „Nową Jerozolimę”. W ciągu zaledwie 21 lat powstał kompleks dwunastu chrześcijańskich świątyń wykutych w litej skale. Ich niezwykłość polega na tym, że wykuto je w głąb masywu skalnego. Wydrążono nie tylko wnętrza budowli ale także ich fasady. Wygląda to niekiedy tak jakby znajdowały się one w ogromnej dziurze w ziemi. Pomiędzy kościołami przemieszczaliśmy się labiryntem przejść i tuneli, czasami tak wąskimi i ciemnymi, że poruszaliśmy się po omacku macając ściany i potykając na nierównym podłożu.

Najlepiej oddającym ideę założenia architektonicznego całego kompleksu jest zbudowany na planie krzyża kościół św. Jerzego. Jest to także najciekawszy obiekt dla fotografujących, ponieważ nie jest zasłonięty żadnym współczesnym obiektem mającym go chronić przed zniszczeniem. 

Etiopia

W miasteczku Lalibela przeważa typowa dla tego regiony architektura czyli niechlujnie sklecone chałupki, co zamożniejsze pokryte blachą falistą. Urzekła nas za to atmosfera bardzo licznych tutaj knajpek w których słuchaliśmy muzyki i podpatrywaliśmy bawiącą się miejscową młodzież. 

Mieliśmy także okazję spróbować tutejszego wina „Tej” o smaku fermentującego miodu. Radzę uważać, odniosłam wrażenie że fermentował w moim wnętrzu jeszcze cały następny dzień. 

Powszechną, tak jak u nas chleb, potrawą jest w Etiopii, placek – injera. W każdym nawet najskromniejszym gospodarstwie domowym znajduje się specjalny piec do jego wypieku. Głównym składnikiem jest sfermentowana mąka zboża tefu co nadaje plackowi specyficzny kwaskowaty smak. Nie każdemu będzie on odpowiadał, za to jeśli ktoś tak jak ja lubi jeść palcami, będzie zachwycony. Injera najczęściej pełni rolę talerza na którym układa się różnego rodzaju potrawy, na przykład miejscowy ostry ser, mielone mięso w mocno pikantnym sosie lub zwykłe jajko na twardo. Odrywając kawałki placka nabieramy nim potrawy a jeśli po posiłku coś jeszcze zostanie, (pacek jest zazwyczaj bardzo duży) resztki talerza mogą posłużyć do wytarcia rąk. Świetna zabawa.

Etiopia jest najbardziej chrześcijańskim państwem Afryki. Miejscowy kościół ortodoksyjny wywodzi się z egipskiego kościoła koptyjskiego i jest jednym z najstarszych kościołów chrześcijańskich. W wyniku wielowiekowej izolacji zachował tradycje i obrzędy nadal obecne także w innych pokrewnych religiach jak szabat i obrzezanie w judaizmie czy zdejmowanie butów przed wejściem do meczetu w islamie. 

Etiopia

Do niektórych świątyń nie wpuszczane są także kobiety co spotkało mnie w Aksum. Czekałam pod płotem zżerana ciekawością i urażona tym, że towarzysz moich podróży zdecydował się sam obejrzeć miejsce dla mnie niedostępne.

Liturgia w Etiopskim Kościele Ortodoksyjnym jest bardzo długa i w jej trakcie nie można usiąść, dlatego w każdej świątyni znajdują się specjalne laski na których wierni mogą się oprzeć i zdrzemnąć w trakcie modłów. Ważną rolę pełni także post. Nie wiem ile w tym prawdy ale gdzieś przeczytałam, że dla mnicha trwa on 286 dni w roku, a dla zwykłego wiernego jedynie 186 dni.

Etiopia

Z Aksum związana jest niezwykła historia, a było to tak:

Legendarna królowa Saby, kobieta niezwykle mądra i piękna udała się z wizytą do króla Salomona do Jerozolimy. Król z miejsca się w niej zakochał i zapragnął ją posiąść, jednak dumna królowa nie zamierzała zostać jego kochanką. Ostatniego wieczoru, przed pożegnalną ucztą, władca wymógł na królowej obietnicę że nie dotknie ona żadnego przedmiotu znajdującego się w jej komnacie. Jeśli złamie obietnicę, będzie musiała spędzić z nim resztę nocy. Wyzwanie zostało przyjęte. Był to jednak podstęp, w takcie wieczerzy podano bowiem bardzo słone i pikantne potrawy po zjedzeniu których, królowa nie mogła się powstrzymać przed wypiciem wody pozostawionej w jej sypialni. 

I tak po powrocie do Aksum Królowa Saby urodziła syna, Menelika. Jego narodziny zapoczątkowały dynastię panującą do 1974 roku.

Nie jest to jednak koniec historii. Dorosły Menelik postanowił odwiedzić ojca. Spędził u niego trzy lata a na pożegnanie otrzymał drewnianą skrzynię zawierającą kamienne tablice z dziesięcioma przykazaniami. Była to legendarna Arka Przymierza która, jak twierdzą miejscowi, znajduje się obecnie w specjalnej kaplicy pomiędzy stosunkowo nową katedrą św. Marii z Syjonu a XVI wiecznym kościołem do którego, jako kobieta, nie zostałam, wpuszczona. 

Tylko jeden człowiek może oglądać arkę. Jest nim kapłan, którego jedynym zadaniem przez całe życie jest strzec „świętości”. Na wzór tego miejsca w każdym etiopskim kościele znajduje się kopia arki (czasem nawet trzy kopie), skrywana przed wiernymi za specjalną zasłoną.

Etiopia

W katedrze św. Marii z Syjonu pokazano nam liczący dziesięć wieków manuskrypt. Bezcenny, w naszym pojęciu eksponat owinięty był kolorową szmatką. Człowiek, który go prezentował bez oporów przewracał tysiącletnie kartki, żeby umożliwić nam zrobienie dobrych zdjęć. Tak niefrasobliwe podejście do zabytków możliwe jest tylko w kraju gdzie prawie w ogóle nie ma turystów. Jedyni cudzoziemcy, których napotkaliśmy na naszej drodze byli pracownikami zagranicznych misji. 

Etiopia

Etiopia

Aksum to także największe na świecie stele. Niestety najcenniejsza i największa z nich 24 metrowa leży rozbita na ziemi. Jej historia zaczyna się 1700 lat temu, ale w XVI wieku, w czasie rebelii muzułmańskiej, została obalona i pękła na trzy części. W trakcie włoskiej okupacji na rozkaz Mussoliniego została wywieziona i ustawiona w centrum Rzymu. Po wielu latach starań w 1997 roku rząd włoski, zgodził się na zwrot steli ale nastąpiło to dopiero w 2004 roku. Wróciła na pokładzie rosyjskiego samolotu, który ze względu na jej ciężar, (najcięższa część ważyła 60 ton), musiał odbyć trzy loty.

Etiopia

Charakterystyczne dla wiejskiej zabudowy są tukule, okrągłe domki kryte prawdopodobnie liśćmi palmowymi. Dane mi było odwiedzić osadę złożoną z kilku takich domków. Zamieszkiwały ją spokrewnione ze sobą rodziny. W środku domki okazały się zaskakująco obszerne. W jednym mieszkała cała rodzina, wraz z inwentarzem no i obowiązkowo był tam piec do wypieku injery. 
W wielu odwiedzanych przez nas krajach biedzie zawsze towarzyszyła ogromna ilość śmieci. Etiopia jest jednym z najbiedniejszych krajów na świecie, a śmieci nie ma tu w ogóle. Przy drodze nie ma najmniejszego papierka czy plastikowej torebki. Każda zużyta przez nas butelka po wodzie była błyskawicznie przechwytywana przez dzieciaki i używana do noszenia wody a gdy już i do tego się nie nadawała przerabiano ją na buty. 

I nagle pomiędzy tukulami naszym oczom ukazały się pałace. No może nie tak dosłownie, ale prawdą jest, że widok jaki ujrzeliśmy w pobliżu afrykańskiego równika a konkretnie w mieście Gonder trochę nas zaskoczył. Kompleks pałacowy, który w europejskim kraju nie zrobiłby takiego wrażenia tutaj wydał nam się niezwykły. Jego budowę zapoczątkował król Fasylides w XVII wieku a kontynuowana była przez kolejne sto lat. Na rozległem terenie powstawały kolejne pałace zdobione drogocennymi kamieniami mahoniem i kością słoniową. Choć po tych bogactwach nie ma już śladu to spacer między ruinami dał nam wyobrażenie dawnej świetności tego miejsca.
Nieco na uboczu odkryliśmy kolejny ciekawy obiekt. Za kamiennym murem znajdowały się łaźnie króla Fasylidesa. Olbrzymi basen, który w czasie naszej wizyty był pusty, napełniany jest raz do roku w styczniu. Odbywa się wtedy uroczyste nabożeństwo na które przybywają wierni z całego kraju aby odnowić chrzest. 

Etiopia

Wdzięcznym obiektem do fotografowania okazał się mur przerośnięty korzeniami sykomory co od razu kojarzyło się z widokiem znanym z Angkor Wat. Zaintrygował nas dochodzący zza muru równomierny stukot. Po przejściu przez furtkę naszym oczom ukazała się grupa kilkudziesięciu, siedzących w kucki kobiet, które uderzając kamieniem o kamień rozbijały je na drobny żwirek mający posłużyć do budowy drogi. W ten oto sposób, naocznie przekonaliśmy się jak tania jest tu praca ludzka. 
Nieopodal miasta znajduje się wioska czarnych żydów Falashy. Według legendy kiedy Menelik wracał z Jerozolimy po wizycie u swego ojca, król Salomon nakazał każdej arystokratyczne rodzinie aby wysłała w podróż z jego synem, najstarszego nieżonatego mężczyznę ze swego rodu. Ta świta dała początek społeczności żydowskiej, która swego czasu liczyła prawie milion członków. Obecnie jest ich nie więcej niż 25 tysięcy i żyją głównie w Izraelu. 

Etiopia

O dzisiejszych losach Falashy zadecydował głównie głód. Był on tak wielki, że w pewnym momencie zjedzono wszystkie zwierzęta z ZOO w Addis Abebie. Głód ten był spowodowany wieloletnią suszą oraz prowadzonymi od dłuższego czasu działaniami wojennymi. Wielokrotnie mijaliśmy po drodze wraki zniszczonych czołgów, pozbawionych wszystkiego co mogło się przydać miejscowej ludności i dało się odkręcić. 

Etiopia

Sytuacja, w jakiej znaleźli się Falashe skłoniła władze izraelskie do udzielenia im pomocy. W latach 1985 i 1991 przeprowadzono operację "Mojżesz", w wyniku której „Czarni Żydzi” ewakuowani zostali mostem powietrznym do Izraela. Akcja odbyła się tak błyskawicznie, że mieszkańcy, którzy akurat tego dnia byli poza domem, na przykład na odległym targu, powróciwszy do wioski nikogo w niej nie zastali.

Los dla tych co ocaleli od głodu i wojny także nie był łaskawy. Pomimo ogromnych środków przeznaczonych na ich integrację nigdy nie zasymilowali się w nowej ojczyźnie i żyją na marginesie izraelskiego społeczeństwa wykonując najniżej płatne prace.
Falashe, tak jak i etiopscy chrześcijanie, mieszkając w odizolowanej od świata Etiopii, mając ograniczony kontakt z innymi kulturami i religiami, znaleźli się w swego rodzaju "kapsule czasu". Judaizm czy to w Palestynie czy w diasporze ewoluował, podlegał licznym zmianom, ale nie w Etiopii, gdzie zachowały się te najstarsze sięgające 2-3 tysiącleci wstecz, tradycje.
Wioska, którą oglądaliśmy była zamieszkała przez ludzi nie mających nic wspólnego z Falashami. Zasiedlili ich domy i zajmują się sprzedażą wątpliwej urody pamiątek nie dbając zbytnio o otoczenie dla którego zaglądają tu nieliczni turyści. Udało nam się zobaczyć jeden dom z namalowaną Gwiazdą Dawida, i była to jedyna autentyczna pamiątka. Wioska Falashy nie zrobiła na nas dobrego wrażenia, ich historia, choć smutna była znacznie ciekawsza.
Nie jestem entuzjastką trekkingu. Niestety aby zobaczyć wodospady na Nilu Błękitnym trzeba było wspiąć się spory kawałek po wyboistej ścieżce. Trasa rozpoczyna się od przejścia przez kamienny most wybudowany przez portugalskich misjonarzy w 1630 roku. Roztacza się z niego przepiękny widok na wąwóz Błękitnego Nilu. Całą drogę towarzyszyli nam mali przewodnicy, była to właśnie pora powrotu za szkoły. Chętnie opowiadali nam czego się uczą i pokazywali podręczniki. Całkiem sprawnie władali angielskim. Niestety po dojściu do punktu widokowego okazało się, że „wody jak na lekarstwo”. Był to właśnie koniec pory suchej i widok odbiegał nieco od tego co oglądaliśmy w przewodnikach. We wrześniu, pod koniec pory deszczowej wodospad osiąga szerokość 400 m. a spłukiwana przez niego gleba wulkaniczna powoduje, ze Nil Błękitny przybiera rudawy kolor. Uwierzyliśmy na słowo.

Etiopia

Tego samego dnia udaliśmy się nad jezioro Tana, będącego źródłem Nilu Błękitnego. Po krótkim rejsie przycumowaliśmy przy jednej z wielu wysp. Choć jej nazwy niestety nie zapamiętałam ale na pewno nie zapomnę zwiedzanego klasztoru . Bogactwo kolorów, niespotykane techniki malarskie no i te tysiącletnie manuskrypty na wyciągniecie ręki. Okrągły kształt klasztornego budynku strzeże przed siłami nieczystymi bo jak nas poinstuowano, diabeł kryje się po kątach. 
Jezioro Tana to także bogactwo przyrody. Porośnięte trawami brzegi stwarzają idealne warunki lęgowe dla ogromnej ilości gatunków ptactwa. Jednak na nas największe wrażenie  zrobiło spotkanie z hipopotamem. Oglądaliśmy już z bliska hipopotamy w kenijskim rezerwacie ale spotkanie takiego kolosa kiedy znajdowałam się na niewielkiej łodzi wzbudziło mój niepokój. Hipopotamy wbrew pozorom są w wodzie całkiem sprawne i pomimo swojego łagodnego wyglądu jeśli dojdą do wniosku, że coś stanowi dla nich zagrożenie potarfią być bezwzględne.

Etiopia

Spotkany po drodze wioślarz nie podzielał mojego niepokoju. Jego łódź była tak wyładowana, że praktycznie nie było jej widać nad powierzchnią wody. Unosiła się na niej dzięki materiałowi z którego została zrobiona. Jest nim od wieków papirus. Całość  wygląda dość osobliwie, jakby wioślarz z przewożonym ładunkiem siedział na wodzie. 
Tutejsi przewodnicy twierdzą, że Thor Heyerdahl przygotowując się do swojej wyprawy tratwą "Ra", korzystał z miejscowych doświadczeń. Ale zaraz zaraz, to samo mówiono nam w trakcie wyjazdu do Peru kiedy na wyspach Uros oglądaliśmy łodzie budowane z trzciny.
Osobnym rozdziałem naszej podróży są wrażenia z drogi. Trasy, które zgodnie z przewodnikiem powinny zająć nam kilka godzin pokonywaliśmy w kilkanaście. Tylko gdzie niegdzie dane nam było poruszać się po asfalcie pamiętającym zresztą włoską okupację. 
Z pewnością sytuacja się wkrótce zmieni bo bez przerwy napotykaliśmy roboty drogowe nadzorowane przez chińskich specjalistów. Niestety jak na razie nie wpływało to korzystnie na komfort jazdy. Drogi były rozkopane i źle oznakowane tak, że gubił się nawet nasz miejscowy kierowca. Na domiar złego zaczęła się pora deszczowa i jechaliśmy korytem rwącej rzeki. 
Bagaże jechały skryte pod plandeką, przywiązane na dachu busa. Przed wyjazdem sugerowano nam, żeby zabezpieczyć je dodatkowo wsadzając do wielkiego „śmieciowego” wora. Miałam nową plastikową walizkę i zawierzyłam gumowym uszczelką i to był błąd. 
Przez trzy dni jeżdżąc od miasta do miasta nie mieliśmy prądu. Odniosłam wrażenie, że nie było go w całym kraju. Po wielu godzinach spędzonych w drodze, zmęczeni i brudni, musieliśmy rozpakować się po omacku i kąpać w zimnej wodzie. Obsługa hotelowa starała się jak mogła organizując nam kolacje przy świecach.
Nikomu to jednak nie psuło humoru. Wręcz przeciwnie planujemy następny wyjazd, tym razem do południowej, bardziej dzikiej lub jak kto woli etnicznej części Etiopii. Tam dopiero spodziewamy się niezłych wrażeń. Będę wdzięczna za wszelkie informacje i sugestie od użytkowników forum, którzy już tam byli. 

Na koniec warto kilka słów poświęcić fotografowaniu. W zasadzie nie sprawia ono żadnych kłopotów. Ludzie nie uciekają przed obiektywem a dzieci – zawsze wdzięczny dla fotografującego obiekt – wręcz przykładają oko do czołówki obiektywu.
Nie ma większego problemu z wchodzeniem do domów. Etiopczycy są gościnni i bardzo radują się mogąc pokazać cudzoziemcowi swoje obejście. Warto za to zrewanżować się czy drobnym upominkiem czy niewielką kwotą. Magiczne „łandola” dla nas to niewiele a dla nich ogromna kwota.
Planując wyjazd do Etiopii należy wziąć ze sobą odpowiedni zapas kart pamięci i akumulatorów. Z reguły bierzemy ze sobą „prądu” tyle, aby móc wykonać około 2000 zdjęć. Może się bowiem zdarzyć tak, że przez kilka dni nie będzie zasilania i nie będzie możliwości naładowania akumulatorów, tak jak to się zdarzyło w Lalibeli. Na szczęście nas to nie dotknęło dzięki naszej przezorności (czy raczej doświadczeniu). Nie ma też co liczyć na kupno karty pamięci. Są wprawdzie dostępne ale tylko w głównych ośrodkach turystycznych i to w bardzo okrojonym wyborze.
Etiopia nie jest jeszcze tak spenetrowana turystycznie a ma wielki potencjał. Wspaniałe plenery, niezmiernie ciekawe obiekty i na ogół życzliwi ludzie, nie zmanierowani nadmiernym ruchem turystycznym. Warto z tego skorzystać. Ale... nie każdy łatwo oswaja się z widokiem tak powszechnej i z naszej perspektywy ogromnej wręcz biedy. 
Katarzyna Kaczorowska
zdjęcia: Paweł Wójcik
27 Lis 2010
Drukuj PDF

Logowanie

Współpracują z nami

  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy