VIVA MEXICO!


MEXICO CITY


Przed siedmioma wiekami Aztekowie wyruszyli na poszukiwanie nowego miejsca w którym mogliby się osiedlić. Na jednej z wysp położonych na jeziorze Texcoco ujrzeli orła siedzącego na kaktusie, trzymającego w szponach węża. Był to znak od boga Huitzilopochtli. Tu powstało centrum imperium Azteków – Tenochtitlán. Tu rozpoczęliśmy swoją wędrówkę po Meksyku.

Kiedy w szesnastym wieku pojawili się Hiszpanie, aztecki władca Montezuma pewien był, że stojący na ich czele Cortes to wygnany z tych ziem ich prawowity władca, Upierzony Wąż, bóg Quetzalcoatl, który według wierzeń Majów i Azteków miał tu kiedyś powrócić.

Najeźdźców było niewielu, ale zanim wódz zorientował się jakie są ich prawdziwe zamiary było już za późno.

Na terenach azteckiej stolicy powstało nowe miasto. Rozrosło się do tego stopnia, że obecnie jest trzecią co do wielkości, po Tokio i Seulu, metropolią na świecie.

Zwiedzanie zaczęliśmy od historycznego centrum. Tak jak w Ameryce Południowej główny plac w każdym mieście nazywa się Plaza de Arms tak tutaj nosi nazwę Zocalo. Bardzo wygodne kiedy się zgubimy, wystarczy zapytać o drogę na Zocalo. Nazwa wzięła się od cokołu, na którym miał stanąć pomnik któregoś z hiszpańskich króli. Z nieznanych mi przyczyn pomnika nie postawiono za to cokół posłużył za punkt orientacyjny i tak już zostało do dziś.

Najpierw obejrzeliśmy miejscową „cepelię”, grupę Indian przebranych w barwne pióropusze, tańczących w rytm bębnów. Za niewielką opłatą można było zrobić kilka „egzotycznych” zdjęć.


Wschodnią część Zocalo zajmuje Pałac Narodowy. Żeby się do niego dostać musieliśmy spędzić dłuższą chwilę w sporej kolejce. W trakcie przeszukania przy wejściu, pechowcom zarekwirowano różne drobne przedmioty w postaci scyzoryków, papierosów, zapalniczek i drugiego śniadania.

Jednak to co zobaczyliśmy w środku warte było tych niewielkich przykrości. Ogromne murale autorstwa Diego Riviery ciągnęło się na wysokości dwóch pięter. Mogliśmy obejrzeć sceny z życia indiańskich bogów i postaci historycznych, moment przybycia Cortesa i inwazji amerykańskiej, prześledziliśmy niemal całą historię Meksyku. Dojrzeliśmy także znane symbole: sierp i młot a po chwili znajomą, brodatą twarz Marksa – Riviera znany był ze swoich radykalnych poglądów politycznych.


Zupełnie innym bardzo ważnym z historycznych względów obiektem jest Dzwon Dolores wiszący nad środkowymi drzwiami Pałacu Narodowego. To jego bicie w 1810 roku było sygnałem do rozpoczęcia wojny o niepodległość Meksyku.

Po wyjściu z Pałacu, pokonując dosłownie kilka metrów znaleźliśmy się na terenie Wielkiej Świątyni Azteków. Odsłonięta została jedynie niewielką jej część, podczas gdy pozostała znajduje się pod wybudowaną przez Hiszpanów i będącą już dziś zabytkiem Katedrą Metropilitalną. Tak na marginesie również wartą obejrzenia.


Podobną sytuację zastaliśmy na Placu Trzech Kultur gdzie w otoczeniu nowoczesnej dzielnicy biurowej, znajduje się częściowo odkryta piramida Quetzalcoatla. Oglądając ruiny położone w centrum tętniącego życiem miasta nie byłam w stanie przywołać obrazu i poczuć magii prekolumbijskiej historii. Bardziej przemawiały do mnie zdjęcia ludzi, którzy zginęli w tym miejscu w roku 1968.

Był to okres kiedy w wielu krajach, także europejskich dochodziło do protestów lewicowej młodzieży. Kiedy 2 października około 15 tys. studentów zebrało się na placu, żeby w pokojowym, jak zamierzano wiecu zamanifestować swój protest przeciwko działaniom rządu, policja i wojsko otworzyły ogień. Zginęło około 200 -300 osób. Patrząc na zdjęcia młodych ludzi wyobrażałam sobie, jak mogłyby dzisiaj wyglądać ich dzieci.

Plac Trzech Kultur jest miejscem symbolicznym także z innych względów. To tutaj w 1521 roku miała miejsce ostatnia rozstrzygająca bitwa w której wojska Cortesa pokonały oddziały Azteków.

Mimo, że nazwa placu na którym wydarzyło się tak wiele w dziejach Meksyku mówi o trzech kulturach – azteckiej, hiszpańskiej i współczesnej, to ludzie będący potomkami indian i ich najeźdźców czują się dzisiaj jednym, mającym wspólną kulturę narodem. Świadczy o tym napis upamiętniający tamtą bitwę: „Nie było to ani zwycięstwo ani klęska. Były to bolesne narodziny Metysów, narodu dzisiejszego Meksyku”.


XOCHIMILCO


Xochimilco, zielona dzielnica Mexico City turystom zazwyczaj kojarzy się z wycieczką po kanałach, płaskodennymi niezwykle barwnymi łodziami trajineras.


W pogodny, świąteczny, dzień nasza łódka z trudem przeciskała się w tłumie innych. Co chwila ktoś do nas „dobijała” ze swoim pływającym straganem. „Oferta handlowa” była bardzo różnorodna, od jedzenia poprzez pamiątki, a nawet drzewka bonsai. Za niewielką opłatą przycumował do nas zespół mariachi ubranych w ludowe stroje i oryginalne czarne sombrera. Byli to przemili, starsi panowie ale pomimo dużych starań i naszego wokalnego wsparcia ich występ trudno było zaliczyć do udanych. Odetchnęliśmy z ulgą kiedy w końcu od nas odcumowali.


To jednak nie urokliwe rejsy po kanałach spowodowały wpisanie, w 1987 roku Xochimilco na światową listę dziedzictwa UNESCO.

Na tym terenie do dzisiaj stosuje się charakterystyczny niegdyś dla jezior w centralnym Meksyku sposób uprawy zwany chinampa. Niezwykle żyzne, uprawne poletka, powstawały na płyciznach jezior, z trzciny i wydobytego z dna mułu. Xochimilco nadal zachowało swój po części wiejski charakter. Trajineras wykorzystywane dzisiaj wyłącznie do celów turystycznych jeszcze do niedawna przewoziły kanałami produkty rolne na targowiska w centralnej części Mexico City i do innych okolicznych miast.


MUZEUM ANTROPOLOGICZNE


Ze wstydem muszę się przyznać, że w trakcie moich podróży, niezbyt chętnie odwiedzam takie obiekty jak muzea. Duże nagromadzenie, nawet najbardziej wartościowych przedmiotów powoduje, że po ich obejrzeniu, zazwyczaj nie pamiętam żadnego z nich.

Jednak do obejrzenia Muzeum Antropologicznego wszystkich szczerze namawiam. Po pierwsze oryginalna architektura autorstwa Pedro Ramireza Vazquez oraz Rafael Mijares i Jorge Campuzano. Nowoczesne, przestronne sale umiejscowione wokół dużego patio nad którym rozpościera się olbrzymi dach - parasol oparty na jednej kolumnie. Wszystko to otoczone ogrodami, w których także rozlokowano eksponaty.


Zbiory dotyczące minionej i współczesnej historii Meksyku są tak bogata, że postanowiliśmy się skupić na tym co nas najbardziej interesowało, czyli czasach prekolumbijskich.

Wśród eksponatów które zwróciły naszą uwagę znalazły się: rzeźba przedstawiająca wizerunek Coatlicue, bogini ziemi życia i śmierci o głowie w kształcie dwóch węży i w naszyjniku z ludzkich serc i rąk i czaszek, robiące duże wrażenie olbrzymie naczynie w kształcie jaguara z wydrążonym miejscem w które wkładano bijące jeszcze serca wydobyte z ofiar składanych bogom, olmeckie głowy znane ze zdjęć w przewodnikach i nalepki na jednej z bardziej popularnych tequlii, oraz indiański wojownik, którego charakterystyczny element zbroi budził powszechne zainteresowanie.



Na dłużej zatrzymaliśmy się przed olbrzymim, azteckim kalendarzem.


W samym środku kamiennego dysku znajduje się wizerunek słońca symbolizujący piąty świat w który obecnie żyjemy. Jego wyciągnięty język pokazuje, jak jest spragnione ludzkiej krwi bez której nie będzie miało siły wzejść kolejny raz a to może spowodować zagładę naszego świata.

Aztecki rok liczący 365 dni składał się z 18 miesięcy podzielonych na 20 dni. Pięć pozostałych uznawano za pechowe. Nie były one dobrym momentem na podejmowanie jakichkolwiek działań, nie zawierano wtedy żadnych umów, nie obchodzono uroczystości rodzinnych. Dzieci urodzone w takim dniu nie miały łatwego życia. Według tego kalendarza obchodzono większość świąt oraz składano ofiary.

Równolegle funkcjonował kalendarz wróżbiarski. Tutaj rok liczył 260 dni podzielonych na tygodnie. Według niego przepowiadano przyszłość narodzonego w konkretnym dniu człowieka.

Co 52 lata następowało zrównanie obu kalendarzy. Była to chwila decydująca o losach świata. Cztery poprzednie właśnie w takim momencie przestały istnieć. Ludzie z niepokojem oczekiwali jaką przyszłość ujrzą w gwiazdach kapłani. Kiedy wiadomo już było że świat ocaleje składano w ofierze szlachetnie urodzonego jeńca. Na jego piersi rozpalano ogień, po czym wydobywano z niej serce które przeznaczano bogu, a „nakarmiony” ciałem ogień, ludzie zabierali do swoich domostw.


MATKA BOSKA Z GUADELUPY


Jest rok 1531, Indianin Juan Diego podąża do Tlatelolco na mszę świętą i katechezę prowadzoną przez franciszkanów. Kiedy pokonuje wzgórze Tepeyac, na jego drodze ukazuje się piękna kobieta w której rozpoznaje Matkę Boską. Prosi ona o wybudowanie świątyni w której mogliby modlić się okoliczni mieszkańcy. Biskup któremu Diego przekazuje prośbę nie daje wiary prostemu Indianinowi. Objawienia powtarzają się, aż za kolejnym razem na skalistym, pokrytym lodem wzgórzu wyrastają róże które Juan Diego zbiera do swojej tuniki aby za ich pomocą przekonać biskupa. Kiedy wysypuje kwiaty oczom zebranych ukazuje się odbity na tunice wizerunek Matki Boskiej, dokładnie taki jaki ujrzał Diego w czasie objawień.

Jest to prawdopodobnie legenda, stworzona żeby pomóc w „nawracaniu” miejscowej ludności. Indianom trudno się było przekonać do tak obcej, niezrozumiałej dla nich religii. W Matce Boskiej o znajomych rysach, która przemówiła do jednego z nich w ich rodzimym dialekcie nahuatl, odnaleźli swoją patronkę i opiekunkę. Tym bardziej, że bardzo przypominała im czczoną na tym terenie indiańską boginię Tonantzin, „depczącą węże”.

Z drugiej zaś strony tunika Juana Diego choć zrobiona z włókien agawy przetrwała w dobrym stanie aż do dzisiaj. Prawdziwą zagadką jest także sam wizerunek. Uczeni nadal głowią się jaką techniką został „namalowany”.

Nieopodal miejsca objawień, zgodnie z ich intencją powstał kościół. Niestety wybudowany z nietrwałych materiałów i na niestabilnym gruncie, wskutek kolejnych trzęsień ziemi popękał i zaczął się osuwać. Aby nie dopuścić do katastrofy został zamknięty i poddany remontowi. Obecnie, mimo że nadal jest mocno pochylony, udostępniono go wiernym i turystom. Nie należę do osób szczególnie odważnych dlatego nasze zwiedzanie odbyło się w ekspresowym tempie. Cały czas miałam wrażenie że otaczające nas mury zaraz runą i pogrzebią nas żywcem.

W sąsiedztwie powstała nowa świątynia autorstwa Pedro Ramireza Vazquez tego samego który zaprojektował Muzeum Antropologiczne. Ogromna, mogąca pomieścić 10 tys. wiernych ma kształt rotundy o średnicy 100 metrów. Ciekawie rozwiązano problem tłumu turystów i wiernych którzy przybywają zobaczyć przeniesioną tutaj ze starego kościoła tunikę Juana Diego. Zawieszono ją na ścianie pod którą umieszczono ruchome chodniki.


Mając chwilę wolnego czasu możemy zajrzeć na położony po sąsiedzku, największy jaki do tej pory widziałam, bazar dewocjonaliów, albo zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie na osiołku prowadzonym przez Matkę Boską z Guadelupy.


Można też odpoczywając na schodach świątyni przyglądać się podążającym do niej pielgrzymom. Niektórzy z nich ostatnie kilkaset, kilkadziesiąt czy choćby kilka metrów pokonywali na kolanach w intencji ważnych dla siebie spraw.



TEOTIHUACAN – MIASTO W KTÓRYM RODZILI SIĘ BOGOWIE


Nareszcie klimaty na jakie czekałam.

Na północny wschód od Mexico City znajdują się pozostałości tajemniczego miasta Teotihuacan. Prawdopodobnie powstało ono około II w. p.n.e. na długo zanim na tych terenach pojawili się Aztekowie. Przez wieki było to centrum kulturowe i handlowe dla starożytnej Mezoameryki. Nagle w VII wieku, kiedy wydaję się że miasto jest w największym rozkwicie nastąpiło coś co zmusiło mieszkańców do porzucenia go. Do końca nie wiadomo dlaczego. Być może przyczyną był wielki pożar, którego ślady do dziś widoczne są na murach. Może gwałtowny rozwój i przeludnienie spowodowały wyczerpanie zasobów naturalnych i doprowadziły do klęski głodu. Z tych samych przyczyn mogły szerzyć się rozmaite choroby aż doszło do epidemii która doprowadziła do całkowitego wyludnienia.

Według indiańskich mitów kiedy skończył się czwarty świat na ziemi nastały ciemności. Aby przywrócić porządek bogowie zebrani w Teotihuacan skoczyli w ogień składając się w ofierze. Nastąpiło oddzielenie światła od ciemności. Powstało słońce i księżyc, którym poświęcono dwie największe w tym kompleksie piramidy.

Centralnym jego miejscem w którym oddawano cześć bogom jest szeroka na 40 metrów i długa na ponad 2 km aleja nazwana przez Azteków Aleją Zmarłych. Na jednym jej końcu znajduje się piramida księżyca a na drugim plac otoczony 15 świątyniami nazwany, tym razem przez konkwistadorów, cytadelą. Po wschodnie stronie alei znajduje się Piramida Słońca. Dzięki swoim wymiarom (225,0 m x 207,0 m u podstawy i 65,0 m wysokości) wielkością ustępuje jedynie piramidzie w Choluli (Meksyk) i Piramidzie Cheopsa w Gizie (Egipt).


Każdy kto tu przyjedzie wspina się na sam jej szczyt żeby ujrzeć widok który niegdyś dostępny był jedynie dla najbardziej wtajemniczonych kapłanów. Jest to nie lada wyzwanie bo schody są nieprawdopodobnie strome. Jednak wysiłek opłaca się tym bardziej, że jak głosi legenda, na szczycie jest miejsce gdzie można naładować się pozytywną energią z kosmosu.


Opuszczając Teotihuacán "miejsce, gdzie urodzili się bogowie” wstąpiliśmy do jednego z wielu położonych w sąsiedztwie warsztatów wytwarzających pamiątki z obsydianu. Jak się okazało nie był to, przynajmniej z mojego punktu widzenia, najlepszy pomysł. Pawłowi spodobała się „wierna kopia” pośmiertnej maski króla Pakala. Dla mnie miała same wady. Po pierwsze nie najlepsze skojarzenia – pośmiertna, po drugie ważyła od groma – trzema uważać na nadbagaż, po trzecie kosztowała majątek – no wiadomo. Jednak zachwyt w oczach mojego męża okazał się bezcenny. Teraz odpoczywając na kanapie jestem pod stałą obserwacją pośmiertnego wizerunku króla Pakala.


Na pocieszenie mogłam obejrzeć pokaz voladores, podniebnych tancerzy-akrobatów. Pięciu mężczyzn ubranych w kolorowe , tradycyjne stroje wspięło się na wysoki słup na szczycie, którego umieszczono prostokątną platformę. Tam czterech z nich przywiązało się linami które okręcili wokół słupa. W tym czasie piąty wystukiwał rytm na bębenku i jednocześnie grał na piszczałce. Gdyby ktoś nie wierzył, że jest to możliwe to mam dowód w postaci zdjęcia. W pewnym momencie muzyka ucichła i czwórka mężczyzn rzuciła się z platformy głowami w dół. Opadali powoli z rozpostartymi ramionami, wirując dookoła słupa.


Ten widowiskowy rytuał związany jest z tradycją i wierzeniami plemienia Totonaców. Według nich w czasach wielkiej suszy kiedy zabrakło wody i pożywienia pięciu młodych ludzi postanowiło przesłać widomość bogu płodności Xipe Totec z prośbą o zesłanie deszczu. Musieli zrobić coś co zwróciłoby uwagę bóstwa. W tym celu wyruszyli do lasu gdzie wybrali najwyższe i najbardziej proste drzewo, które wycięli i zabrali do wioski. Tam wspięli się na nie i przystrojeni w kolorowe pióra upodabniające ich do ptaków wykonali swój podniebny taniec, który do dzisiaj można oglądać w różnych miejscach Meksyku.


CUERNAVACE – MIASTO WIECZNEJ WIOSNY


Cuernavace nazwane przez mieszkającego tu w XIX wieku niemieckiego naukowca i podróżnika Alexandra von Humboldt, miastem wiecznej wiosny tak naprawdę w dosłownym tłumaczeniu oznacza krowi róg (a może rogatą krowę).

Łagodny klimat, charakterystyczne kwiaty Bougainville, atmosfera turystyczno-wypoczynkowego miasta stanowią ukojenie dla zmęczonych zgiełkiem Mexico City turystów.

Spacerując uliczkami zabytkowego centrum, chłonęliśmy kolonialne klimaty, mając wrażenie że jesteśmy na planie południowo-amerykańskiej telenoweli. Nagle na naszej drodze wyrosła monumentalna, przypominająca obiekt warowny budowla. Katedra w Cuarnavace inaczej niż w innych meksykańskich miastach, nie znajduje się przy głównym placu, ale kilka przecznic na południe, na rogu ulic Hidalgo i Morelos. Wybudowana przez pierwszych franciszkanów którzy przybyli na te tereny aby ewangelizować miejscową, nie zawsze przychylną ludność, musiała spełniać zarówno funkcje sakralne jak i obronne. W środku ma wygląd surowy wręcz ascetyczny, zwłaszcza w obszarze głównego ołtarza nad którym zawieszono prosty, równoramienny krzyż z figurą Chrystusa.


Jednak najważniejszym elementem wystroju są tutaj, odsłonięte w połowie XX wieku w trakcie prac renowacyjnych namalowane w prymitywnym stylu freski. Historia przedstawiona na 400 m2 muralu opowiada o podróży do Japonii i męczeńskiej śmierci 18 misjonarzy. Wśród nich znajdował się franciszkanin Phillip Jezus, który został beatyfikowany w 1627 roku i jest pierwszym meksykańskim świętym.


Zwiedzając kompleks klasztorny w którym mieści się katedra warto zwrócić uwagę na Otwartą Kaplicę. Nazwa wzięła się od konstrukcji budynku który z jednej strony jest całkowicie odsłonięty na atrium. Niegdyś oprócz mszy odbywały się tutaj sztuki teatralne, przedstawienia taneczne i inne imprezy które miały za zadanie wyjaśniać kwestie religijne i wzmacniać wiarę świeżo nawróconych Indian.

W samym centrum miasta przy zocalo znajduje się ostatnia, przed jego powrotem do Hiszpanii, siedziba Cortesa. Z wyglądu przypomina bardziej fortecę niż budynek mieszkalny. Dzisiaj mieści się w nim Muzeum Regionalne.



TAXCO – SREBRNE MIASTO


Srebro wydobywano w Taxco jeszcze zanim pojawili się tutaj Hiszpanie. Około siedemnastego wieku sądzono, że jego pokłady wyczerpują się i miasto zaczęło powoli podupadać. W tym czasie 16 letni Jose de la Borda przyjechał do Meksyku aby podjąć pracę w kopalni. Dwadzieścia lat później w trakcie przejażdżki jego koń potknął się na dużej grudzie srebra. To wydarzenie uczyniło Borde najbogatszym człowiekiem ówczesnego Meksyku.

Dzięki swojemu położeniu na stromym wzgórzu Taxco jest bardzo malownicze. Przy wąskich pnących się w górę lub gwałtownie opadających w dół uliczkach usytuowane są niewielkie zadbane domy. Co za ulga dla fotografujących, wszystkie przewody (elektryczne, telefoniczne), które tak potrafią popsuć ujęcie zostały gdzieś ukryte. Żeby tak można w Gołąbkach w których mieszkam.


W niewielkim zaułku spotykamy trzech pątników.

Taxco znane jest z uroczystych obchodów Wielkiego Tygodnia. Od niedzieli palmowej ulicami miasta przechodzą uroczyste procesje. Wielu uczestników wyraża swą skruchę w bardzo widowiskowy dla obserwatorów ale krwawy i z pewnością bolesny dla siebie sposób. Są to zwyczaje przeniesione przez konkwistadorów ze średniowiecznej Hiszpanii. Łatwo przyjęły się na miejscowym gruncie być może dlatego że przypominały aztecki rytuał krwi.

Jest grudzień więc napotkani przez nas pątnicy są z brązu.


Każdy z nich reprezentuję pewną charakterystyczną grupę. Pierwszy ma przymocowane do kostek łańcuchy, idzie mocno zgięty (90 stopni) w rękach trzyma małe krzyże lub zapalone świece. Jest to jedyna grupa pątników w której mogą uczestniczyć kobiety.

Drugi nieco pochylony pod ciężarem niesionej na plecach wiązki (40 – 50 kg) ciernistych gałęzi w uniesionych rękach ma zapalone świece.

Trzeci trzyma oparty na zgięciach rąk duży drewniany krzyż w dłoniach niesie różaniec i bat zakończony metalowymi kulkami. Co chwilę przystaje i smaga się batem po plecach na których pojawiają się krwawe rany.

Najważniejszą i najokazalszą budowlą Taxco jest kościół Santa Prisca. Zbudowany z różowego kamienia, wręcz przeładowany, w charakterystyczny dla „meksykańskiego baroku” tysiącami misternie wykonanych detali. Wnętrze, jak przystało na miasto położone na pokładach srebra, kapie wręcz od złota.

Jose de la Borda, fundator kościoła nie żałował nań środków, zatrudnił najlepszych artystów i rzemieślników. Jego mottem było „Bóg daje Bordzie i Borda daje Bogu”.



Wydaje się, że Taxco miało szczęście do ludzi, którzy odkrywali je na nowo. Kiedy na początku XX w. okazało się, że złoża srebra, tym razem już bezpowrotnie, są na wyczerpaniu pojawił się William Spratling, amerykański artysta, który zwrócił uwagę na możliwości drzemiące w lokalnych warsztatach jubilerskich. Opierając się na tradycyjnych prekolumbijskich motywach stworzył charakterystyczne dla Taxco wzornictwo. Dzisiaj sklepy jubilerskie można spotkać niemal na każdym rogu.

My poszliśmy na całość wstępując do jednej z wielkich hurtowni na przedmieściach miasta. Tam na początek zostaliśmy upojeni miejscowym alkoholem sporządzonym na bazie miodu i tequlli po czym wręczono nam wiklinowe koszyki i ruszyliśmy na zakupy. Niestety okazało się że nasza przyjaciółka Wiola miała mocniejszą głowę i chyba lepszy instynkt łowiecki bo zgarniała nam sprzed nosa najpiękniejsze przedmioty, w tym cudny dzban w kształcie tukana inkrustowany obsydianem. W grę wchodził także naszyjnik będący wierną kopią tego w którym pozowała Frida Kahlo. Jednak cena, której z pewnością był wart, przekroczyła finansowe możliwości uczestników naszej wycieczki. Nota bene, żeby trochę poplotkować, w latach kiedy mieszkał tu Lew Trocki, Frida bywała w Taxco częstym gościem. Łączyły ich wtedy mocno zażyłe stosunki.


SYLWESTER I NOWY ROK W ACAPULCO


To był niezwykle udany sylwester. Żadnych tańców i wieczorowych strojów. W t-shirtach i klapkach, zaopatrzeni w napoje udaliśmy się na miejską plażę. Widok był fantastyczny. Acapulco położone jest w głębokiej zatoce. Całe miasto mieści się na długim, wąskim (zaledwie 800 metrów szerokości) pasie. Z jednej strony wody zatoki a z drugiej góry. Najgłębiej znajduje się dzielnica hotelowa zwana złocistą. Tutaj właśnie siedzieliśmy na plaży mając po lewej stronie widok na starą część miasta z przycumowaną w porcie, rzęsiście oświetloną fregatą a po prawej na diamentową dzielnicę gdzie swoje rezydencje ulokowały znane gwiazdy. O północy były fajerwerki i powszechne bratanie się. Ledwo pamiętam powrót do hotelowego pokoju.

Nazajutrz oglądaliśmy skoki ze Skały Śmierci – La Quebrada. To było duże przeżycie mimo, że pokaz znałam już doskonale z programów podróżniczych. Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że są rzeczy i wydarzenia które trzeba zobaczyć na własne oczy, poczuć towarzyszącą im atmosferę.

Najpierw młodzi chłopcy wspinają się na 45 metrową, pionową skałę. Robią to bez żadnych zabezpieczeń co samo w sobie jest nie lada wyczynem. Potem, przez chwilę modlą się przy niewielkiej kapliczce matki Boskiej z Guadelupy (scena żywcem wyjęta z filmu z Elvisem Presleyem „Fun in Acapulko”).




Skok musi nastąpić w odpowiednim momencie, przesmyk jest wąski a przybój powoduje, że głębokość wody stale się zmienia (w najkorzystniejszych warunkach są to cztery metry). W przeszłości zdarzało się że skok kończył się na ostrych skałach.


CHOLULA – NAJWIĘKSZA PIRAMIDA ŚWIATA


Wyglądające jak naturalne ukształtowanie terenu wzgórze nie zrobiło na nas wrażenia największej piramidy na świecie. Tymczasem jej objętość szacuje się na 3,3 mld m3 czyli o jedną trzecią więcej niż piramida Cheopsa – 2,4 mld m3.

Przypuszczalnie miejscowa ludność w obawie przed najeźdźcami wykonała gigantyczną pracę i ukryła olbrzymią budowlę pod warstwą ziemi. Zrobiono to tak skutecznie, że została ona odkryta dopiero w 1910 roku. W latach 30 tych odkopano niewielką część piramidy u samej jej podstawy oraz wydrążono tunele umożliwiające eksplorację wnętrza.


Z miastem Cholula związana jest tragiczna historia.

Na początku swoich podbojów Cortes otrzymał w podarunku od jednego z lokalnych wodzów grupę indiańskich kobiet. Wśród nich znalazła się Malintzin. Znała wiele miejscowych dialektów i okazała się niezwykle pomocna w trakcie podboju swojego kraju. Została również kochanką Cortesa, któremu urodziła syna. Chociaż są tacy którzy widzą w niej postać tragiczną bowiem według ówczesnych zasad winna była lojalność i posłuszeństwo swojemu panu to w Meksyku Malintzin na zawsze pozostanie symbolem zdrady.

To ona doniosła Cortesowi o planowanym w Choluli spisku. W odwecie dokonano straszliwej rzezi na kompletnie zaskoczonej i nieuzbrojonej ludności (donos był prawdopodobnie wynikiem źle zinterpretowanej rozmowy podsłuchanej przez Malintzin). Nakazano także wybudowanie chrześcijańskiej świątyni na miejscu każdej budowli związanej z pogańskimi wierzeniami. W rezultacie w stosunkowo niewielkim mieście powstało 365 kościołów. Większość przetrwała do dzisiaj.


Postanowiliśmy wspiąć się na szczyt największej na świecie piramidy żeby obejrzeć jeden z nich Iglesia de Nuestra Señora de los Remedios. Droga pod górę nie była nawet tak uciążliwa jak się zapowiadało. Mijaliśmy rozstawione jeden przy drugim stragany z miejscowym rzemiosłem i różnymi mniej lub bardziej wyszukanymi przekąskami. Spieniony napój czekoladowy okazał się dla niektórych fatalny w skutkach , chipsy ze skóry wieprzowej były całkiem smaczne ale największą furorę zrobiły koniki polne. Zaryzykowałam i ugryzłam kawałek. Był chrupiący i słony a spodziewałam się raczej czegoś słodkiego.



Na szczycie czekała na nas panorama całego miasta i widok słynnej pary wulkanów Popocatapetl i Ixtacichuatl, które związane są z indiańską wersją historii o Romeo i Julii.



Tekst: Katarzyna Kaczorowska

Zdjęcia: Paweł Wójcik


Ciąg dalszy nastąpi...






25 Kwi 2011
Drukuj PDF

Logowanie

Współpracują z nami

  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy