Zaginione śwątynie

alt

Kambodża

Księga dżungli to lektura z dzieciństwa, której nie można zapomnieć.  Ale jeśli jednak ktoś nie pamięta to znajduje się w niej opowieść o chłopcu o imieniu Mowgli przygarniętym  przez rodzinę wilków. Jest tam fragment opisujący porzucone przez ludzi miasto, w którym stado wrednych małp uwięziło Mowglia. Przyjaciele uwolnili chłopca a mnie głęboko w pamięci zapadł opis tajemniczych, ukrytych  w głębi dżungli ruin.

alt

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam, że miasto takie istnieje naprawdę, wiedziałam że muszę je zobaczyć. Tym razem celem naszej podróży był Angkor.

Podróż

Przed wyjazdem, jak to mamy w zwyczaju, zbieraliśmy wśród znajomych „tambylców”  przydatne w podróży  informacje. Wszyscy jak jeden mąż łapali się za głowę słysząc, że do Angkoru a ściślej położonego nieopodal miasteczka Siem Reap,  zamierzamy dostać się trasą lądową z Bangkoku.  Droga, którą mieliśmy pokonać, była w czasie trwających kilkadziesiąt lat wojen wielokrotnie zbombardowana, mosty zostały wysadzone w powietrze. Jak opowiadali znajomi, jazda po tych wertepach mogła nieźle nadwyrężyć kręgosłup a przeprawy przez prowizoryczne mosty,  mroziły krew w żyłach no i trwało to całe wieki.

alt

Uprzedzano nas, że przejście graniczne, które mamy do pokonania, jest „wielką niewiadomą”. Dlatego, przezornie wyjechaliśmy z hotelu bardzo wcześnie. Na granicy wszystko stało się jasne. Posłusznie ustawiliśmy się na końcu gigantycznej kolejki. Po pół godzinie mieliśmy dosyć. Panujący w tym czasie klimat suchy, chłodny (ponad 300C) sprzyjał miejscowym ale my byliśmy ugotowani. Ponadto kolejka nie drgnęła nawet o milimetr. Dlatego kiedy pojawił się nasz opiekun z informacją, że 10$ od osoby mogłoby wiele zdziałać, skrzętnie zapomnieliśmy o wpojonych nam zasadach i granicę pokonaliśmy łatwo, szybko i przyjemnie. Teraz czekała nas już tylko droga zwana gehenną.

A tu niespodzianka, wsiedliśmy do luksusowego autokaru, wychłodzonego przez działającą „na full” klimatyzacją i pomknęliśmy drogą tak równiutką, że większość uczestników wycieczki od razu zasnęła. A gdzie obiecana przygoda? Jako wieczna malkontentka mogę tylko powiedzieć  –  nuda.

Sylwester w Siem Reap

Siem Reap okazało się dużym, nowoczesnym miastem, pełnym hoteli na każdą kieszeń. Co krok restauracje serwujące miejscowe specjały no i przede wszystkim ludzie, bardzo życzliwi przyjezdnym. Nic dziwnego, turystyka jest najszybciej rozwijającą się gałęzią kambodżańskiej gospodarki.

Co prawda, na razie największe dochody przynosi przemysł tekstylny, rybołówstwo, uprawa ryżu i pozyskiwanie kauczuku,  ale tempo rozwoju turystyki jest tak szybkie, że miejscowi wytwórcy pamiątek nie nadążają za popytem. Dlatego figurki słoni które kupiliśmy na miejscowym straganie, z dużym prawdopodobieństwem wyprodukowano w którymś z sąsiednich krajów.

Sylwestra spędzamy na włóczeniu się po mieście, tętniącym tej nocy życiem. Obserwujemy grupy mieszkańców siedzących na ziemi i spożywających wspólny posiłek. Tak właśnie wygląda tutaj świętowanie i zabawa.

alt

Khmerom i Tajom obcy jest taniec towarzyski. Jedyną formą tańca są przedstawienia pantomimiczne, w których artyści, wykonują na przemian gwałtowne ruchy by po chwili zastygnąć w przedziwnej pozie. W ten sposób, w „rytm” szarpiących nerwy dźwięków, bez użycia słów, przedstawiają historie wzięte z miejscowej mitologii.

alt

Jest Nowy Rok. Wysyłamy do przyjaciół sms-y z życzeniami. U nas jest już 2013 a oni otworzą szampana dopiero za sześć godzin.

Angkor

Już na początku XVI wieku portugalscy misjonarze opisywali zadziwiające swoimi rozmiarami i architekturą, ukryte w głębi dżungli miasto. Ich relacje wydawały się tak nieprawdopodobne, że nikt ich poważnie nie potraktował.

Powszechne zainteresowanie wzbudziły dopiero odkrycia dokonane w 1860 roku przez francuskiego przyrodnika Henriego Mouhot. Przemierzając Indochiny w poszukiwaniu egzotycznych gatunków motyli natknął się on na wspaniałe, pokryte roślinnością budowle. Szczęśliwie, dzięki panującej w tym czasie modzie na antyk (a przy okazji wszystko co stare i tajemnicze), jego relacje trafiły na podatny grunt. Ówczesna Francja, zainteresowana poszerzeniem w tym rejonie swoich wpływów, sfinansowała kolejne wyprawy badawcze. Dzięki nim świat poznał historię Khmerów.

Kiedy mówimy o Angkor mamy zazwyczaj na myśli, znany ze zdjęć, największy na świecie kompleks świątynny Angkor Wat. Tymczasem jest to jeden z licznych ale wcale nie największy z obiektów w Angkor. Pod tą nazwą kryje się skupisko wielu świątyń, miast, zbiorników wodnych kanałów i szlaków komunikacyjnych rozciągających się na obszarze 400 km2. Naszą wyprawę zaczęliśmy od Angkor Thom, ostatniej stolicy dawnego imperium khmerskiego.

Angkor Thom

Miasto wybudowane jest na planie kwadratu o boku 3 km. Otaczały je niegdyś ośmiometrowe mury z przylegającą do nich zewnętrzną fosą. Tak jak kiedyś do miasta można dostać się jedną z pięciu bram. Cztery z nich umieszczono dokładnie w połowie każdego boku, na wprost nich w centralnym punkcie miasta znajduje się świątynia Bajon symbolizująca świętą górę Meru.

Zmierzając w jej kierunku poznawaliśmy kunszt budowniczych Angkor. Zaskoczeniem był dla nas fakt, że choć stworzyli olbrzymie, przepięknie zdobione budowle to nie posiedli sztuki tworzenia stropów wspornikowych. Dlatego jedynymi, zadaszonymi pomieszczeniami, jakie zauważyliśmy, są ciągnące się w nieskończoność galerie.

alt

Kamienne budynki powstawały z niezwykle twardej laterytowej skały, której wokoło jest pod dostatkiem. Dopiero na wierzch kładziono, sprowadzany z odległych kamieniołomów piaskowiec. Jego miękka struktura znakomicie nadawała się do wykonywania misternych zdobień. Z czasem mury wietrzały i malowniczo porastały roślinnością.

alt

Pierwszymi, którzy zajęli się spisywaniem i katalogowaniem tutejszych zabytków, byli Francuzi. Czasy rządów czerwonych Khmerów w dużej mierze zaprzepaściły ich wysiłki. Cudzoziemców wyrzucono z kraju a cała mozolnie zebrana dokumentacja przepadła.

Po wojnie z pomocą zaofiarowały się Indie. Niestety najwyraźniej zabrakło środków i umiejętności. Mimo dobrych chęci, niektóre podjęte wtedy działania przyniosły więcej szkód niż pożytku. Zdobienia wykonane w piaskowcu oczyszczano z mchu i innych zabrudzeń przy pomocy rozcieńczonego kwasu. W ten sposób wraz z zanieczyszczeniami bezpowrotnie pozbywano się misternie rzeźbionych detali. Na dodatek brakujące elementy uzupełniano przy użyciu betonowych wstawek. Niestety, nie wygląda to najlepiej.

Następnie na plac wkroczyli Japończycy. W ich działaniach było z kolei za dużo dowolności i wyobrażeń konserwatorów a za mało prawdy historycznej.

W końcu do pracy ponownie przystąpili Francuzi. Metoda jaką zastosowali i kontynuują do dziś nosi nazwę – anastyloza. Tam, gdzie jest to możliwe, montowane są autentyczne fragmenty budowli. Braki uzupełniane są tym samym materiałem pochodzącym, jeśli to możliwe, z tego samego kamieniołomu. Brakujące elementy zdobnicze przedstawiane są jedynie w uproszczeniu tak aby nie było wątpliwości że jest to rekonstrukcja. Takie działania pozwalają na zachowanie jednolitej architektonicznej i plastycznej kompozycji.

alt

I tak pobierając lekcje historii khmerskiej architektury dotarliśmy do świątyni Bajon. Stanęliśmy tam twarzą w twarz z uśmiechającymi się na nasz widok z pobłażliwym smutkiem ogromnymi wizerunkami Buddy. Z 54 wież na cztery strony świata spogląda Budda Awalokiteśwara. Podobno związany z nim "kierunek" buddyzmu rozwija współczucie.

alt

Nasz zachwyt wzbudziły reliefy umieszczone na najniższym poziomie świątynnego tarasu. Pokrywają one ścianę na całej jej wysokość i ciągną się w nieskończoność. Rysunki są szczegółowe i przedstawiają różnorodne sceny, tak jakby autorzy spisywali przy pomocy obrazu opowieść o życiu swojego narodu. Mieliśmy szczęście, nasz przewodnik okazał się miłośnikiem wykutej w reliefach historii. Posuwaliśmy się powoli wzdłuż ściany a on pokazywał nam różne scenki i opisywał co widzimy. I tak zobaczyliśmy jak zdobywano pożywienie, jak je potem przygotowywano w kuchni, poznaliśmy próżniacze życie arystokracji i marny los niewolników. Nie oszczędzono nam nawet drastycznej sceny porodu.

alt

Piąta brama, o której napisałam wcześniej, umieszczona jest na wschodniej ścianie murów okalających Angkor Thom. Droga wiodąca od niej zaprowadzi nas do Phimeanakas i Baphuon, świątyń które wchodziły w skład zabudowań Pałacu Królewskiego. Pozostałe, mieszkalne obiekty wykonane były z drewna i nie doczekały naszych czasów.

W sąsiedztwie Pałacu Królewskiego znajduje się Taras Słoni. Rozciąga się z niego widok na rozległy, szeroki na 350 metrów plac. Stąd, ukryci w cieniu nieistniejącego już pawilonu, ważni dostojnicy mogli obserwować królewskie parady i inne państwowe uroczystości. Wysoką 4 metrową ścianę tarasu zdobią płaskorzeźby, których głównym tematem są oczywiście słonie. Ale można tu także dojrzeć inne zwierzęta a wśród nich Garudę, pół ptaka pół człowieka. Jest to mityczny wierzchowiec boga Wisznu a także śmiertelny wróg wężokształtnego, wodnego bóstwa Nagi. Z muru, tuż przy schodach wiodących na taras, wystają trzy potężne głowy słoni. Ich trąby wsparte o ziemię wyglądają jak filary podtrzymujące ścianę.

alt

Z Tarasu Słoni przeszliśmy na znajdujący się zaraz obok, znacznie mniejszy, Taras Trędowatego Króla. Jego nazwa wywodzi się od umieszczonego tutaj posągu przedstawiającego chorego na trąd władcę. Rzeczywiście, jego postać pokryta jest ciemnymi plamami i być może dlatego okryto go pomarańczową szatą. A tak naprawdę król wcale nie był chory a ciemne plamy to mech porastający kamień.

alt

Według innej wersji, posąg nie przedstawia żadnego króla tylko boga śmierci. Zgadzałoby się to z przeznaczeniem tego obiektu. Tutaj bowiem odbywały się uroczystości pogrzebowe i kremacje zwłok członków rodziny królewskiej. Skąd jednak wziąłby się król w nazwie tarasu. W każdym bądź razie to złowrogie miejsce ozdobiono postaciami demonów i groźnie wyglądającymi wizerunkami węża Naga.

Angkor Thom opuszczamy przez południową bramę. Znajdująca się za nią grobla, zamiast balustradami, ograniczona jest po bokach olbrzymim wężem Naga trzymanym z jednej strony przez demony a z drugiej przez bogów. Jest ich w sumie 108, taka sama ilość jednych i drugich a różnią się w zasadzie tylko minami.

alt

Jesteśmy na drodze do Angkor Wat.

Angkor Wat

alt

Na grobli ponad fosą otaczającą zewnętrzne mury świątyni kłębi się tłum turystów. Wchodzimy głównym wejściem. Znajduje się ono nietypowo, bo po zachodniej stronie kompleksu. Kierunek zachodni, zgodnie z tradycją, jest w Kambodży kojarzony ze śmiercią. Centralne wejścia z reguły umieszczane są na wschodniej ścianie. Być może świątynia boga Wisznu, miała być także grobowcem panującego wówczas króla Surjawarmana II i stąd tak nietypowe położenie głównej bramy. Ale nie tylko lokalizacja bram świadczy o prawdopodobnym charakterze świątyni. Również odmienny niż zwykle jest „kierunek czytania” reliefów. Tradycyjnie obrazy postępują po sobie od strony prawej do lewej. W Angkor Wat jest na odwrót.

Poza tym wszystko jest zgodne z zasadami khmerskiego budownictwa. Po środku główna świątynia przedstawiająca górę Meru czyli centrum wszechświata. Otaczające ją mury - galerie to łańcuchy górskie, a szeroka fosa to ocean.

Cały obszar świątyni (około 2 km2) podzielony jest na trzy poziomy, coś jakby koncentrycznie rozmieszczone, olbrzymie „tarasy”. Każdy z nich położony jest nieco wyżej od poprzedniego (w sumie 22 metry) i ograniczony wspomnianymi już murami – galeriami.

alt

Jeszcze tylko rzut oka na, znajdujący się w wieży po prawej stronie od głównego wejścia, posąg ośmioramiennego  boga Wisznu i wchodzimy na pierwszy poziom. Widok jest niesamowity. Znam go doskonale z setek zdjęć zrobionych o różnych porach dnia i nocy a jednak kolejny raz przekonuję się że najpiękniejsze obrazy to te oglądane własnymi oczami.

alt

Idziemy szeroką aleją obramowaną, a jakże, długimi cielskami węży Naga. Z tej perspektywy widoczne są trzy charakterystyczne, strzeliste wieże Angkor Wat. Tak naprawdę tych najlepiej zachowanych, usytuowanych centralnie jest pięć. Wyglądają jak olbrzymie, misternie wyrzeźbione pąki lotosu. Główna ma 42m a cztery rozmieszczone na około po 32 (licząc od poziomu najwyższego „tarasu”). Mijamy umieszczone po obu bokach alei dwa niewielki budynki o ciekawej architekturze. Z nieznanych mi powodów nazwano je bibliotekami.

alt

Przed nimi, po obu stronach widać dwa stawy. Zbaczamy z trasy i kierujemy się nad brzeg tego położonego po lewej. W wodzie malowniczo odbija się obraz świątyni. To bardzo znane ujęcie i wszyscy robią sobie tutaj zdjęcia. My także zaliczamy ten punkt programu.

alt

Granicę oddzielającą pierwszy i drugi poziom wyznacza galeria ze ścianą pokrytą w całości reliefami. W odróżnieniu od Bajon, gdzie pokazane były sceny z codziennego życia, tutaj przeważają sceny batalistyczne. Wyrzeźbione w XI wieku wciąż zachwycają szczegółowością wykonania. Przewodnik który opowiadał nam co oglądamy robił to z takim przejęciem, jakby znał osobiście każdą z 20 tysięcy przedstawionych tu postaci. Zapamiętałam króla Surjawarmana II który z grzbietu bojowego słonia dowodził swoją armią, małpy biorące udział w walce i Krysznę jadącego na garudzie.

alt

Zadumałam się nad reliefem pokazującym piekło i niebo. Wszyscy nisko urodzeni automatycznie lądowali w piekle (zaciągały ich tam uzbrojone w maczugi diabły). Klasa średnia oczekiwała na niebiańskie uciechy w czyśćcu, a arystokracja miała „z urzędu” zagwarantowaną miejscówkę w niebie.

alt

Był też mit przedstawiany tu niemal na każdym kroku. Demony i bogowie, żeby uzyskać eliksir nieśmiertelności, ubijają ocean mleka. Jako „trzepaczka” służy im ciało potężnego węża Naga. Dziewięćdziesiąt dwa demony chwyciły węża od strony głowy a osiemdziesięciu ośmiu bogów od ogona i ubijając nim ocean mleka przez 1000 lat, otrzymali w końcu życiodajny eliksir.

Przy okazji dowiedziałam się kim tak naprawdę są demony. To tylko starsi, mniej udani, bracia bogów. Są może trochę nerwowi i złośliwi, mają wyłupiaste oczy, ale nie są tacy groźni jak się ich często przedstawia.

alt

Pora wznieść się na kolejny poziom. Możemy to zrobić przechodząc głównym wejściem od zachodu. Jest ono skomplikowanym układem kilku galerii rozmieszczonych na planie krzyża które dzielą fragment drugiego „tarasu” na cztery kwadratowe, zamknięte dziedzińce. Także na tym poziomie znajdują się dwa budynki nazwane bibliotekami. Są jednak znacznie mniejsze niż poprzednie.

alt

Po tym co przed chwilą oglądaliśmy zewnętrzna ściana galerii na drugim poziomie wydała nam się nieco surowa. Jedyną dekoracją, jaką dostrzegamy, są umieszczone wzdłuż fasad fałszywe okna. A w środku niespodzianka, ze ścian spogląda na nas niezliczona ilość niebiańskich tancerek - Aspar. Wszystkie stoją frontem, ręce układają w gestach podkreślających ich wdzięk i urodę, za to stopy zawsze ustawiają profilem. Z daleka są do siebie bardzo podobne, tak samo ubrane i w podobnej biżuterii ale z bliska wyraźnie się różnią. Podziwialiśmy ich niezwykle wymyślne fryzury i nie udało nam się znaleźć dwóch takich samych.

alt

Galerie, schody, wieże, dziedzińce, coraz bardziej strome schody no i w końcu zgubiliśmy się. Chyba nie było nam dane dotrzeć na najwyższy poziom gdzie mogli przebywać tylko królowie. Może to i lepiej. Z tego co słyszeliśmy nieźle musieli się namordować żeby dostąpić tego zaszczytu. Może te strome schody to była ich pokuta.

Muszę przyznać że miałam ambiwalentne odczucia po wizycie w Angkor Wat. Niektóre rzeczy przerosły moje wyobrażenia. Ale z drugiej strony spodziewałam się ujrzeć obrazy, zapamiętane z albumu Jacka Pałkiewicza a nie równo przystrzyżony trawnik. Gdzie te budowle ukryte w gęstwinach dżungli, gdzie malownicze mury w objęciach olbrzymich korzeni?...

Świątynia Angeliny Jolie (niegdyś Ta Prohm)

alt

alt

W przeciwieństwie do Angkor Wat, świątynia Ta Prohm pozostawiona została siłom natury. Tutaj w końcu odnajdujemy długo  oczekiwane klimaty. Nie przeszkadza nam nawet tłum turystów. Zbaczamy ze szlaku wytyczonego drewnianymi podestami i już jesteśmy sami wśród ruin zawładniętych przez dziką dżunglę. Z trudem pokonujemy wciskające się wszędzie korzenie drzew wyglądające jak olbrzymie węże po sutym posiłku. Czujemy się trochę jak pierwsi przybili tutaj w XIX wieku odkrywcy.

alt

Ale dlaczego świątynia Angeliny Jolie? Ponieważ znana aktorka, swoją rolą w filmie Tomb Raider, przyczyniła się do popularyzacji świątyni Ta Prohm. Film co prawda okazał się dość kiepski ale wszyscy zapamiętali niezwykłe plenery w których został nakręcony. Poza tym adoptowany syn gwiazdy Maddox urodził się w prowincji Siem Reap. To wszystko sprawiło, że z sympatii do aktorki okoliczni mieszkańcy zaczęli nazywać to miejsce świątynią Angeliny Jolie.

Beng Mealea

Tak właśnie wyobrażałam sobie opuszczone miasto opisane w Księdze Dżungli. Jedno się tylko nie zgadzało - dziki tłum kłębiących się turystów. Trudno się temu dziwić, miejsce jest niezwykłe.

alt

Teren jest bardzo rozległy i można zapuścić się w „bezludne” rejony ale wtedy zwiedzanie robi się trochę niebezpieczne. Wszędzie leżą porozrzucane w bezładzie, pokryte mchem kamienne bloki. Zabudowa jest dość zwarta co jeszcze bardziej potęguje wrażenie tajemniczości. No i te drzewa, trzymające w swych objęciach fragmenty murów.

alt

Gdyby je usunąć najpewniej cała konstrukcja kompletnie by się rozleciała. Nie podejmuję się opisania zamysłu architektonicznego jakim kierowali się budowniczowie. Tak naprawdę nie był on dla mnie istotny, liczyła tylko się panująca wokół atmosfera.

Wszystko pięknie gdyby nie ten tłum. Wrażenie tłoku potęgują wytyczone trasy z wąskimi przejściami, drewnianymi podestami i schodkami, na których trudno się wyminąć. Wszystko wybudowano dla bezpieczeństwa i wygody turystów. Ale niestety przez to zrobienie udanego zdjęcia graniczy z cudem.

alt

Dobrym rozwiązaniem okazało się wynajęcie małego przewodnika, który za niewielką opłatą pokazał nam zaciszny zakątek, gdzie można było uchwycić najlepsze ujęcia i ludzi było tu trochę jakby mniej.

Koh Ker

Przed wizytą w Koh Ker przeszliśmy solidne szkolenie przeciwminowe. Co prawda już wcześniej mówiono nam jak niebezpieczne jest tutaj „chodzenie za krzaczek” ale tym razem powiedziano nam to głośno i dobitnie – chodzimy tylko po wyraźnie udeptanych ścieżkach!!!

Niestety, mimo że działania wojenne zakończyły się już kilkanaście lat temu, to „pamiątki” z tamtego okresu ciągle jeszcze zbierają swoje krwawe żniwo. Do tej pory Kambodża jest najbardziej zaminowanym zakątkiem świata. Miny przeciwpiechotne stosowane były przez wszystkie strony konfliktu. Pol Pot, przywódca Czerwonych Khmerów, nazywał je idealnymi żołnierzami. Ukryte w ziemi cierpliwie czekały na swoje ofiary. Najczęściej nie zabijały od razu tylko zadawały dotkliwe rany. Ranni potrzebowali wtedy pomocy przy której zaangażowanych było wielu ludzi. Nie mogli oni w tym czasie brać udziału w bezpośredniej walce. Teraz ofiarami są cywile, głównie chłopi uprawiający ziemię i dzieci wypasające zwierzęta.

Do Koh Ker wyjechaliśmy wcześnie rano. Uprzedzeni o skromnej bazie turystycznej, zabraliśmy ze sobą suchy prowiant. Miejsce które mieliśmy zobaczyć położone jest nieco dalej od głównych obiektów i do niedawna, ze względu na brak dobrej drogi, trudno było się tutaj dostać. Jednak wszystko to działało na naszą korzyść. Nie natknęliśmy się na zbyt wielu turystów (co za ulga) a ci których mijaliśmy to byli przeważnie miejscowi mnisi. Ku naszej radości nie mieli nic przeciwko pozowaniu do wspólnych fotografii. W końcu dowiedziałam się dlaczego część z nich nosi pomarańczowe szaty a część białe. W białe ubrane są mniszki a w pomarańczowe mnisi. Ponieważ wszyscy mieli ogolone głowy, ich płeć można było zdefiniować wyłącznie po kolorze odzienia.

alt

alt

Po drodze co chwilę mijaliśmy ukryte w gęstwinach pozostałości imperium khmerskiego. Wśród nich takie urokliwe jak to drzewo z tajemniczymi drzwiami zapraszającymi do wielkiej przygody w stylu Indiana Jones.

alt

Koh Ker jest olbrzymim kompleksem świątynnym, który przez krótki czas był stolicą imperium Khmerów. Być może dlatego, że leży na uboczu, jest jednym z mniej zadbanych obiektów.

alt

Nie czyni go to jednak mniej ciekawym. Podążamy do miejsca które budzi tutaj największe zainteresowanie do Preasat Thom a konkretnie pod znajdującą się tutaj siedmiokondygnacyjną piramidę. Niestety wejście na nią jest zamknięte. Prawdopodobnie ze względu na strome, rozpadające się schody. Chociaż wytłumaczenie może być zupełnie inne.

alt

Legenda głosi że panujący tu niegdyś król był bogiem. Tron zdobył dzięki konszachtom z władcą podziemi, demonem Marą. Władca, wykorzystując moce jakie posiadał, pozbywał się swoich wrogów wtrącając ich do pionowej studni na dnie której czekał już na nich demon Mara. Do dzisiaj miejsce to cieszy się złą sławą. A owa studnia, nazywana wejściem do piekieł, mieści się na szczycie piramidy pod którą właśnie staliśmy.

Pora wracać. Trzy dni na zwiedzanie Angkor do zdecydowanie za mało.

Tekst: Katarzyna Kaczorowska

zdjęcia: Paweł Wójcik





15 Mar 2013
Drukuj PDF

Logowanie

Współpracują z nami

  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy