Urodziny na Kilimandżaro

alt

Zdobycie Kilimandżaro 5895 m n.p.m.Marzec 2013.


Moje zbliżające się 50-te urodziny mnie przerażały. To ja mam mięć 50 lat? Ja, który czuję się na szczycie sił, głodny życia i przygody? Niemożliwe…Postanowiłem przeżyć te urodziny w wyjątkowy sposób. Udowodnić sobie i innym, że jeszcze coś potrafię osiągnąć. Od dziecka śniłem o Afryce i marzyłem o wejściu na najwyższą górę tego kontynentu – Kilimandżaro (5895 m n.p.m.). Dlaczego nie zrobić tego w 50-te urodziny? Zaplanowałem więc ze wszystkimi szczegółami wyprawę do Tanzanii tak, żeby w dzień urodzin być na szczycie. Pozostał tylko drobiazg – wejść na górę.


6. marca 2013, Nairobi ca 1660 m n.p.m. – droga do Arushy



Największym błędem jadąc do Afryki jest przekonanie, że kiedy znajdziemy się na równiku, to będzie gorąco. Mieszkańcy Nairobi chodzą w swetrach a niektórzy nawet w zimowych kurtkach!!! Jest koniec pory suchej i niedługo zacznie się pora deszczowa. W nocy była tropikalna ulewa. Krótka, ale intensywna. Poranek jest przyjemny. Powietrze jest wilgotne po deszczu i chłodne. Pogoda jak u nas wcześnie rano w maju. Nairobi przypomina mi Moskwę. Z daleka ładne budynki, ale z bliska zakurzone ulice, ciężarówki - gruchoty jeżdżące po mieście, stare minibusy... Tylko ludzie są tutaj dużo milsi, niż w Rosji.

alt
Fot.1 Nowoczesna architektura w Nairobi.


Przylecieliśmy do Nairobi dzień wcześniej z Warszawy przez Amsterdam. Samolot był prawie pusty, bo w Kenii trwają wybory prezydenckie i ludzie boją się tu przyjeżdżać. Na lotnisku odebrał nas przedstawiciel hotelu i zawiózł nas na miejsce pierwszego noclegu. Następnego dnia ruszyliśmy autobusem rejsowym z Nairobi do Arushy w Tanzanii. Mimo wyborczej gorączki nie dostrzegamy, żadnych niepokojów. Rano o lekki stres przyprawił nas kierowca, który miał przyjechać, o 7: 30 ale spóźnił się pół godziny. Tutaj spóźniają się wszyscy. Nasz autobus rejsowy również się spóźnia. “Pole, pole” (powoli, powoli) to jest tutejszy styl życia. Nie trzeba się śpieszyć, nic nie ucieknie. 

alt
Fot.2 Jadąc autobusem rejsowym do Arushy.


Za oknami zaczyna się nasza stara znajoma – sawanna. Delikatnie pofalowany krajobraz, akacje i widoki jak z filmu “Pożegnanie z Afryką”. 
Na granicy z Tanzanią musimy opuścić pojazd i dopełnić formalności paszportowych. Granicę pokonujemy na piechotę. Kawałek dalej czeka już nasz autobus. Do Arushy dojeżdżamy około drugiej popołudniu. Na miejscu czeka już Richie – nasz przyjaciel, przewodnik i organizator całej wyprawy. Nareszcie czujemy się bezpiecznie.

alt

Fot.3 Członkowie wyprawy i przewodnik Richie.


7. marca 2013, Arusha 1400 m n.p.m. – początek trasy


Nocleg w Ilboru Safari Lodge był bardzo przyjemny. Mieliśmy domek z wszelkimi wygodami. Wyżywienie w cenie. Miejscową potrawą w Tanzanii jest Machalari – duszone mięso wołowe z zielonymi bananami. Banany smakują w nim jak ziemniaki. 
Rano zbiera się grupa tragarzy i naszych przewodników. Na naszą czwórkę przypada 16 ludzi obsługi – 12 tragarzy, jednego kucharza i trzech przewodników (w tym Richie). Razem 20-osobowa grupa. To już jest porządna wyprawa. Tragarze ładują ekwipunek, w tym nasze rzeczy na dach autobusu. Wyruszamy – jak zwykle - z opóźnieniem. 
Rano dokucza nam wilgoć, czasami pada, ale już za godzinę niebo rozjaśnia się i zza chmur wychodzi słońce. Temperatura jak dla nas bardzo dobra, 22oC. Niedługo zacznie się pora deszczowa. Martwimy się, czy nie dotrze do nas w przyszłym tygodniu?... 
Po dwóch godzinach jazdy docieramy do bramy parku narodowego „Kilimanjaro”. Wszyscy zapisujemy się do księgi gości i rozpoczyna się ważenie ekwipunku. Tragarze ładują wszystko do worków, które będą nieśli na głowach. Żaden z nich nie może ważyć więcej niż 20kg. Gdyby okazało się, że mamy nadwagę (nie my, ale w bagażach), trzeba byłoby zatrudnić dodatkowych ludzi. Na wszelki wypadek chętni czekają na skraju drogi. My się jednak mieścimy w limicie, więc ładujemy rzeczy z powrotem do autobusu i jedziemy dalej. Będziemy jechać, tak długo, aż skończy się droga. 

alt
Fot.4 Ważenie ekwipunku na bramie parku narodowego.


Tymczasem wiedzie nas ona przez las i jest tak błotnista, że czasami zapadamy się po osie. Silnik wyje, na szczęście autobus, choć z trudem, daje sobie radę. Widzimy między drzewami uprawy różnych warzyw. Spotykamy ludzi z motykami. Wynajmują oni od państwa za symboliczną opłatą młody las i między małymi drzewami sadzą marchewkę, kapustę czy ziemniaki jednocześnie w zamian opiekując się drzewami. W końcu docieramy do miejsca, gdzie autobus już dalej jechać nie może. Stąd jest podobno jeszcze godzina marszu do początku szlaku Lemosho. Tragarze zdejmują zatem worki i pakują się na drogę. W tym samym czasie przygotowali dla nas w lesie stolik z obrusem i z krzesłami oraz przynieśli nam lunch. Jesteśmy w szoku. Lunch był już gotowy, zapakowany w pudełkach, ale ten luksus i obsługa... Mój brat z kolegą są starymi alpinistami i czują się zawstydzeni. Jeszcze na żadnej wyprawie nie mieli takiego komfortu.
W końcu ruszamy. Jesteśmy na wysokości około 2120 m n.p.m. Idziemy przerażająco powoli. Jeofrey, nasz przewodnik narzuca tempo, dla nas zdecydowanie za wolne. “Pole, pole”. Mój GPS wskazuje średnią prędkość 2,9 km/h. Jeszcze nie wiemy, że za kilka dni wraz z narastającą wysokością nawet takie tempo będzie dla nas za szybkie.  Na razie się z tego śmiejemy. Mój brat mówi, że idziemy do przodu jak wojsko napoleońskie wracające z Moskwy. 

alt

Fot. 5 Droga przez las tropikalny.

Przechodzimy przez las tropikalny. Na drzewach wiszą liany, oraz tzw. “wąsy starców”. Jest tego pełno. Jeofrey pokazuje nam kwiaty, które rosną tylko w parku narodowym Kilimandżaro i nigdzie indziej na świecie. 
Po kilku godzinach tego powolnego marszu docieramy do obozu Big Tree Camp, który znajduje się na wysokości 2829m. Tutaj spędzimy naszą pierwszą noc w namiotach. Nasze namioty już stoją, przygotowane przez tragarzy, którzy, niosąc na głowach cały ładunek, wyprzedzili nas po drodze. Dostajemy miskę ciepłej wody do umycia i zapraszają nas na herbatę. Ku naszemu zdumieniu zbudowali nawet małą stołówkę. Na kolację jest zupa z dyni przyprawiona imbirem (bardzo dobra), ryba z patelni z ziemniakami, duszone warzywa oraz surówka ze świeżych warzyw. Na deser owoce – pomarańcze i arbuz. Ponownie jesteśmy zdumieni logistyczną sprawnością. 

alt

Fot.6 Big Tree Camp.

Po kolacji mamy krótka odprawę, w czasie której, ustalamy program na dzień jutrzejszy i idziemy spać. LALA SALAMA – śmiejemy się. (Oznacza to DOBRANOC w języku Suahili.)
Jutrzejszy etap będzie trudniejszy...


8. marca, Big Tree Camp 2829 m n.p.m. – droga do Shira1 3505 m n.p.m.

06.30 – budzi nas Saidi, miły chłopak, przynosi kawę i herbatę do namiotu 06.45 - “washi-washi” - Saidi przynosi w misce gorącą wodę do mycia07.00 – śniadanie: kaszka manna, parówki, naleśniki, omlet, chleb, masło. kawa, herbata, czekolada... Zaczynamy się przyzwyczajać do tych luksusów.
Po śniadaniu pakujemy swoje rzeczy, oddajemy je tragarzom, zabieramy małe plecaczki z wodą i o 8.45 wyruszamy. Dostaliśmy pudełka z lunchem, które niesiemy ze sobą. Obiad będziemy jedli w trasie. 
Cały czas idziemy przez puszczę tropikalną w stylu “Tarzan wśród małp”. Towarzyszą nam włochate małpy, skaczące po drzewach. Rano temperatura jest przyjemna 14oC, ale w ciągu dnia wzrasta nawet do 30oC. Idziemy bardzo powoli, noga za nogą. Przeciętna prędkość 1,2 km/h. Za 3 godziny wychodzimy z lasu i zaczyna się kosodrzewina. Pojawiają się ciekawe i ładne kwiaty – Kilimanjariki. Obserwujemy bardzo dziwne mrowiska w gałęziach krzaków. Droga robi się bardzo stroma, leziemy po skałach. Na prawdę trudny etap. Trochę mi się kręci w głowie, ale podpieram się kijami. Wszyscy mają lekkie zawroty głowy, bo przekroczyliśmy już granicę 3000 m n.p.m. Dzisiejszy cel to 3500 m n.p.m.
Obiad zjemy na skale z widokiem na pagórki rozciągające się dookoła nas.  Idziemy już drugi dzień i jeszcze nie widzieliśmy Kilimandżaro. Czy aby na pewno idziemy dobrze? Dookoła jest mnóstwo czarno-białych afrykańskich kruków. Musimy uważać, bo polują na nasze jedzenie. Chwila nieuwagi i kradną, co widzą. 

alt

Fot. 7  Skała z krukami, na której zjedliśmy obiad.

Około 15:30, po przejściu około 9 km docieramy do obozu Shira1. Z daleka obserwujemy nadciągające nad obóz zawrotną prędkością chmury. Szybko się rejestrujemy i zaczyna lać. Krótką ulewę przeczekamy w namiocie-stołówce. Pijemy herbatę z domową wódką z gruszek, którą przywiózł mój brat i czujemy się fantastycznie. 

alt

Fot.8  Obóz Shira1 przed deszczem.

Odczuwamy znaczny spadek temperatury. W naszym namiocie jest 11oC, ale na zewnątrz jest o wiele chłodniej. Może być około zera. Niedaleko od obozu płynie strumyk. Można by się w nim wykąpać, ale nie w taką pogodę. Myjemy się więc w misce, którą przyniósł nam Saidi. Ubieramy się bardzo ciepło i czekamy w namiocie na kolację. Mamy nadzieję, że jutro będzie ładna pogoda...
Na kolację mamy wspaniałą zupę z kukurydzy i ziemniaków, duszoną wołowinę Machalari z ryżem i fasolką szparagową. Na deser smażone owoce z miodem. Bajka...Pijemy wodę jak opętani. Jeofrey każe nam wypić aż 5l dziennie. Ja, który normalnie piję dużo, z trudem wypijam 3l. Jestem ciekawy ile razy będę w nocy wyłazić z ciepłego śpiwora …
Nasz przewodnik Jeofrey co wieczór organizuje odprawę. Opowiada nam o kolejnym dniu i trudnościach, które mogą nas spotkać. Dzisiaj mówił, że jeśli pokonaliśmy ten etap, to nie będziemy mieli problemu, żeby wejść na szczyt. Ja nie podzielam jego optymizmu...
Już drugi dzień nie mamy zasięgu sieci komórkowej. Dzieci nie mają o nas żadnych wiadomości. 

9. marca 2013, Shira 1 Camp, 3505 m n.p.m. – droga przez wrzosowiska do Shira2 na 3900 m n.p.m.

alt

Fot.9 Saidi niesie nam wodę do mycia.

Rano ta sama procedura, co wczoraj. Po umyciu wychodzimy z namiotu i... niespodzianka. Widzimy Kilimandżaro!!! Ośnieżony szczyt tylko czasami osłaniają chmury. Jest jeszcze daleko, ale jest przed nami! Idziemy, więc w dobrym, kierunku, chociaż mamy jeszcze kawał drogi do pokonania.

alt
Fot.10 Pierwszy widok na Kilimandżaro.


Kucharz Nelson kolejny raz nas zaskakuje. Śniadanie jemy na powietrzu w promieniach porannego słońca z widokiem na Kilimandżaro. 

alt
Fot.11 Śniadanie pod Kilimandżaro.


Wyruszamy ponownie o 8.45. Idziemy w pięknym krajobrazie z kwitnącymi wrzosami, tzw. Moorland (wrzosowiska) około 10 km do obozu Shira2, który znajduje się na wysokości 3900 m n.p.m. Pogodę mamy ładną, tylko krótkie opady przelotne, które od razu ustępują miejsca słońcu. 
Do kolejnego obozu docieramy krótko popołudniu. Obiad tym razem jemy w obozie. Zupa kabaczkowa (bardzo dobra), kurczak, frytki i sałatka. Wspaniały świeży i słodki ananas. Po obiedzie krótki odpoczynek i wyruszamy na wycieczkę do sąsiedniego obozu, gdzie zwiedzamy też jaskinię wulkaniczną (nic ciekawego). 
Wysokość na razie znosimy dobrze. Czasami kręci nam się w głowie, ale poza ty jest OK. Pijemy dużo wody a jedzenie nam smakuje. 
Robi się coraz zimniej, więc trzeba się cieplej ubierać. 


10. marca 2013, Shira 2 Camp, 3900 m n.p.m. – do Barranco Camp 3976 m n.p.m.


Obóz Shira 2 jest bardzo ładnie położony wśród skał. Wieczorem można obserwować, daleko pod nami, oświetlone miasta. W obozie są nawet murowane toalety, w których wieczorem pali się światło dzięki umieszczonym na dachu kolektorom słonecznym. Oprócz nas w obozie jest dwójka Amerykanów, chłopak i dziewczyna, (czyli 10-osobowa grupa razem z tragarzami, kucharzem i przewodnikiem). Wyglądają na studentów, ale on pracuje, jest baristą i pochodzi gdzieś ze stanu Washington. Ona jest z południa stanów.  Idą tą samą trasą, co my, więc codziennie się mijamy.

alt
Fot.12 Obóz Shira 2.


W nocy miałem po raz pierwszy chorobę wysokościową. Bolała mnie głowa, było mi niedobrze i dopadła mnie biegunka. Przez całą noc nie spałem, było mi zimno i czułem się słaby jak mucha. Zaczęły nachodzić mnie wątpliwości czy nie poddać się i nie wrócić... Kiedy było mi najzimniej, połączyliśmy z Beatą (moją żoną) nasze śpiwory. Jak to dobrze, że ktoś bliski jest ze mną. Dzisiejszy etap jest dla mnie bardo trudny. Najpierw wejście na 4600 m n.p.m. (Lava Tower). Jestem słaby, boli mnie głowa i brzuch. Idę ostatkiem sił, czasami tracę równowagę. Nasi tragarze jak zwykle nas wyprzedają i kiedy dochodzimy do Lava Tower już czeka na nas namiot z obiadem. Nelson ponownie przygotował same pyszności, ale ja nie mogę nic jeść. Przekonują mnie, że muszę, ale jest mi niedobrze. 

alt
Fot.13 Lava Tower.


Na Lava Tower (4600 m) mamy krótką aklimatyzację a później zaczynamy schodzić do obozu Barranco. Z każdym metrem obniżenia wysokości czuję się lepiej. 
Dolina Barranco sprawia na nas bardzo dobre wrażenie i w dodatku rosną w niej dziwne “Drzewa starców” (Giant Senecio). Obóz Barranco znajduje się w uroczym miejscu. Wprawdzie w czasie schodzenia w dół łapie nas lekki deszcz, ale jest on nawet przyjemny.

alt
Fot.14 W drodze do Barranco.


Przed kolacją kładę się spać i nie chce mi się na nią wstawać. Na kolację nic nie jem i wszyscy zaczynają się o mnie martwić. Ale ja jestem zadowolony, że już mi się lepiej oddycha.  Jutro czeka nas poważna wspinaczka na Barranco Wall, więc trzeba się dobrze wyspać.


11. marca 2013, Barranco Camp 3976 m n.p.m. – przez ścianę Barranco do obozu Karanga.

 
Spałem około jedenastu godzin. Potrzebny był mi ten sen, bo czuję się dużo lepiej. Na noc ubrałem się do śpiwora w kurtkę zimową i czapkę. Do skarpetek wsadziłem grzejniki. Żeby wygrzać śpiwory przynieśli nam wieczorem butelki z gorącą wodą. Rano wstaję w dużo lepszej kondycji.

alt 
Fot.15 Obóz  Barranco Camp z tyłu ściana Barranco Wall.


W obozie spotkaliśmy grupę czterech Rosjan. Szli inną trasą, krótszą niż my, i tutaj do nas dołączyli. Zobaczyliśmy, jakie mogą być skutki choroby wysokościowej. Jedna z uczestniczek rosyjskiej wyprawy miała poważne objawy. Zaraz po przyjściu do Barranco Camp odprowadzono ją (a może raczej zniesiono) z powrotem. Inny Rosjanin, również był w złej kondycji, ale postanowił iść dalej. Jak się później okazało, doszedł tylko do kolejnego obozu, skąd przetransportowano go (na plecach targarzy) w dół. Na szczyt weszła tylko dwójka z nich. 
Po śniadaniu zaczynamy podejście stromą ścianą Barranco Wall. Ściana ma 240 m wysokości. Nie używamy kijów, bo trzeba „leźć” za pomocą rąk. Bardziej to przypomina wspinaczkę alpinistów. Podejście jest bardzo trudne, ale my wszyscy jesteśmy w bardzo dobrej kondycji. Ja też odzyskałem siły.
Na stromej skale – jak zawsze - wyprzedzają nas nasi tragarze z bagażami na głowach. Wspinają się po skale jak kozice. Zastanawiamy się, co by było, gdyby tak któremuś z nich ten bagaż zleciał z głowy na nas w dół. Lepiej nie myśleć. 

alt
Fot.16 Tragarze na ścianie Barranco Wall.


Na samej górze na poziomie 4200 m n.p.m. mamy krótki odpoczynek na aklimatyzację i następnie schodzimy pięknym zejściem do doliny rzeki Karanga na 4000 m n.p.m. Nazwa rzeki w języku Suahili oznacza orzeszek ziemny. Rzeka ta spływając pod Kilimandżaro nawadnia pola tych upraw. 

alt
Fot.17 Dolina rzeki Karanga.


Pogoda jest zmienna. Na horyzoncie same chmury, czasami tylko wiatr je rozwieje i naszym oczom ukazują się lodowce. Ubieramy się coraz cieplej. Zaczyna padać. Do kolejnego obozu Karanga Camp przychodzimy w gęstym deszczu. Pada nawet grad. Całe szczęście, że nasze namioty już stoją. Chowamy się w „stołówce”, pijemy gorącą herbatę i jemy chipsy. Na zewnątrz jest oberwanie chmury. Mamy nadzieję, że nasz bagaż jest w porządku. 
Obiad nam dzisiaj wyjątkowo nie smakuje. Już któryś raz z kolei odgrzewany kurczak...
W końcu przestaje padać i idziemy do naszego namiotu. Nasze rzeczy są w środku i są suche. Przebieramy się, ale nie ma gdzie wysuszyć mokrych ubrań. W końcu wieszamy je za namiotem. Rano są zamarznięte na kamień. 

alt
Fot.18 W obozie Karanga po deszczu.


12. marca 2013, Karanga Camp, 4033 m n.p.m. – Baraffu Camp 4673 m n.p.m.


Budzimy się w mroźny, ale słoneczny poranek. Czekamy aż promienie słońca dotrą do naszych namiotów i rozkładamy na skałach nasze mokre i zmrożone rzeczy, żeby je wysuszyć. Wszyscy są zadowoleni z nowego dnia. Za nami, jak memento, stoi szczyt Kilimandżaro. Ośnieżony i całkiem blisko, chociaż wciąż jeszcze wysoko nad nami. W promieniach porannego słońca wygląda trochę złowieszczo. 

alt
Fot.19 Słoneczny poranek w Karanga Camp.


Dzisiejszy etap będzie krótki. Idziemy do obozu – Baraffu, który znajduje się na wysokości 4673 m n.p.m. To ostatni obóz, z którego będziemy już atakować szczyt. 
Podejście do Baraffu Camp jest ładne, dzień jest słoneczny. Do obozu docieramy około pierwszej po południu. Bardzo tu wieje a nasze namioty są postawione na skraju przepaści. Trzeba będzie w nocy uważać, żeby nie pomylić kierunku... 
W recepcji obozu Baraffu sprzedawali Coca-Colę. Mieli ostatnie cztery butelki w cenie po cztery dolary za sztukę (!). Kupiłem wszystkie. Na żołądek, bo wszyscy mamy problemy. Prawdopodobnie z powodu wody, którą nasi tragarze noszą z pobliskich strumyków. Ostatnim takim strumykiem była rzeka Karanga znajdująca się jeszcze przed poprzednim obozem. Stamtąd niosą wodę na głowach kilka kilometrów. Wodę powinniśmy pić przegotowaną, ale w tych wysokościach woda gotuje się już w temperaturze poniżej 80oC, co nie gwarantuje likwidacji całej wrednej flory bakteryjnej.

alt
Fot.20 W obozie Baraffu.


Po obiedzie zalecany odpoczynek w namiocie. Budzą nas na kolację. Niewiele zjadamy i nic już nam nie smakuje. Po kolacji znów kładziemy się do namiotów, mając świadomość, że w najbliższą noc nie będziemy spali w ogóle. Mimo wszelkich prób nie mogę zasnąć. Wiatr szarpie namiotem a ja myślę o tym, co nas w nocy i jutro czeka, jak się ubrać, co zabrać ze sobą. Robi się potwornie zimno. 
Toaleta jest oddalona jakieś 50 m od naszego namiotu. Trzeba do niej zejść niżej a później wrócić pod górę. Wiąże się to z niesamowitym wysiłkiem. Każdy ruch na tej wysokości powoduje, że człowiek się natychmiast męczy i brakuje mu tchu. Jak my pokonamy te ponad 1200 m wysokości, które nam pozostają? 
Pobudka o 23.00. Pijemy herbatę w naszej „stołówce” i dostajemy instrukcje. Pójdzie z nami aż czterech przewodników. Jeofrey, Benson, Richie oraz jeden z tragarzy. Ten ostatni będzie niósł termos z herbatą (jak się później okazało była to tylko gorąca woda). Ich czwórka na naszą czwórkę. Widocznie przewidują problemy...
Ubieramy się bardzo ciepło. Na nogach mam bieliznę termiczną, na niej jeszcze kalesony i spodnie. Trzy pary skarpetek, z tego jedne motocyklowe. Pięć warstw ubrań pod kurtką zimową. Szalik i rękawiczki narciarskie. Kominiarka motocyklowa oraz czapka wełniana na uszy. Na tym jeszcze kaptur. Ze sobą zabieram słoneczne okulary. W środku nocy nikomu nie przyszło do głowy, żeby posmarować się kremem z filtrem przeciwsłonecznym. Jak się później okaże, był to poważny błąd.


13. marca 2013, wejście na Uhuru Peak 5895 m n.p.m.


Wyruszamy dwadzieścia minut po północy.. Idziemy gęsiego i drogę oświetlamy sobie czołówkami. Orszak prowadzi Jeofrey, za nim Beata, później ja, za mną mój brat i jego kolega. Pochód zamykają pozostali przewodnicy. Są przygotowani na to, żeby w razie potrzeby nas znosić. Tempo marszu jest jeszcze wolniejsze, niż zwykle – „pole, pole”.
Pierwsza godzina to dość trudne wejście po skałach. Kręci mi się w głowie i gdyby nie kijki to mógłbym stracić równowagę. 
Po drodze mijamy dwie młode dziewczyny, z których jedna leży na ziemi i z trudem łapie powietrze. Ich przewodnik tylko bezsilnie patrzy i czeka na rozwój wypadków. Tutaj każdy walczy sam ze sobą. Jak przewodnik oceni, że jest źle, to ją zniesie. Ale dziewczyna po chwili podnosi się i decyduje się iść dalej. 
Po godzinie marszu rozpoczynają się serpentyny. Idziemy po wulkanicznym żwirze. Czasami na ziemi leży cienka warstwa świeżego śniegu, który w dzień, w promieniach słońca, szybko stopnieje. Przekraczamy granicę 5000 m. 
Po dwóch-trzech godzinach podejścia jestem już bardzo zmęczony. Jeofrey bierze mój plecak. Teraz ja powtarzam “Pole, pole”, i zatrzymuję się co chwila. Mojego brata, który idzie za mną, mój powolny marsz zaczyna irytować. Wybija go z rytmu.  Jest mu bardzo zimno, bo słabiej się ubrał i chciałby iść szybciej. Ja natomiast mam poważne problemy z utrzymaniem równowagi i boję się, że w każdej chwili mogę stracić przytomność i upaść. Jeofrey proponuje, żebyśmy się rozdzielili na dwie grupy, ale kolega brata się nie zgadza. Chce, żebyśmy szli wszyscy razem, więc kontynuujemy powolny marsz. Bardzo powolny, nasza przeciętna prędkość to mniej niż 1 km/h. 
Po kolejnych 30 minutach nie daję rady iść dalej i siadam. Sam popieram pomysł rozdzielenia się na dwie grupy a pozostali na to przystają. Mój brat i jego kolega są doświadczonymi alpinistami i są w znacznie lepszej kondycji niż ja. Pójdzie z nimi Benson. Wyruszają przed nami.  Beata i ja ruszamy z Jeofreyem, Richiem oraz tragarzem – drugim Bensonem. Kiedy rozstajemy się z bratem, mówi mi, żebym odpowiednio wcześnie wyczuł ten moment, w którym trzeba zawrócić, żeby mieć jeszcze na tyle sił, by zejść z powrotem. Ale ja jestem zdecydowany iść dalej. To przecież dzień moich urodzin i ja muszę właśnie dzisiaj zdobyć ten szczyt! 
Około piątej nad ranem przyszedł szczyt kryzysu i zacząłem poważnie zastanawiać się nad tym, czy jednak nie zawrócić. Beata również jest bardzo wyczerpana. Ciągle jest ciemno i bardzo zimno. Temperatura nad ranem spada do minus 10oC. Nie widać końca serpentyn. Wiemy, że tam, gdzie kończą się serpentyny, na wysokości 5739 m n.p.m., znajduje się krawędź krateru, tzw. Stella Point. Jeofrey mówi, że droga do tego miejsca zajmie nam jeszcze przynajmniej dwie godziny.  Mówi też, że znajdujemy się w krytycznym punkcie, w którym wielu z niedoszłych zdobywców poddaje się i tutaj właśnie należy się najbardziej zmobilizować. Beata oddaje swój plecak Bensonowi i postanawiamy ruszyć dalej.
Kontynuujemy powolny marsz, stawiając nogę za nogą. Oddychamy pełnymi płucami, ale ciągle brakuje nam powietrza. W głowie się kręci, ale idziemy cały czas do przodu.
Wschodzi słońce. Krwawoczerwone chmury pod nami wyglądają jakby cała Afryka stanęła w ogniu. Nad nami niebieskie niebo. Słońce dodaje nam sił i odwagi, żeby iść dalej. 

alt
Fot.21 Poranek pod kraterem.


Kiedy już padamy z nóg, czasem dosłownie, bo mnie już raz podnosiliśmy z ziemi, Beata wymyśla nowy sposób posuwania się do przodu: jeden krok – dwa oddechy. Zwalniamy jeszcze bardziej, nasza prędkość to zaledwie 400 m na godzinę, ale to działa. Beacie przestaje kręcić się w głowie a ja odzyskuję równowagę.  Jeden krok, dwa pełne oddechy i znów jeden krok. Przed nami już widać Stella Point. Już tylko kawałek... 

alt
Fot.22 Stella Point.


Około godz. 07.30 docieramy na Stella Point, osiągamy wysokość 5739 m n.p.m. Otwiera się przed nami przepiękny widok na księżycowy krajobraz krateru oraz położone dookoła nas lodowce. Słońce już grzeje pełną mocą i temperatura wzrasta do zera. Jest piękny dzień. Robimy zdjęcia nad kraterem a ja mam łzy w oczach. Jesteśmy!!! Pozostaje nam już tylko godzina na szczyt i to już niedaleko. Widać stąd Uhuru Peak – najwyższe miejsce nad kraterem. Wchodzi się już prawie po równym, już tylko 150 m przewyższenia.
Rozglądamy się za moim bratem i jego kolegą. Pewnie już są na szczycie, ale ich stąd nie widać. Ruszamy, więc powoli dalej. Nagle się pojawiają. Idą z przewodnikiem na przeciwko nas i śpiewają “Happy Birthday”... Jestem wzruszony. Brat podchodzi do mnie, obejmuje mnie i razem płaczemy. Spełnił się mój urodzinowy sen. Jestem na Kilimandżaro !!! Na szczyt już tylko kawałek...

alt
Fot.23 Happy Birthday!


Benson wyjmuje z plecaka szampana (oczywiście, bezalkoholowego, bo na tej wysokości alkohol całkowicie by nas rozłożył) i kieliszki. Niósł je przez cały czas aż tutaj. Otwiera go i wszyscy razem pijemy. Tych urodzin nigdy nie zapomnę. 

alt
Fot.24 W drodze na szczyt – śniegi Kilimandżaro.


Ostatnie metry ciągną się bez końca. Odległość 1,5 km idziemy prawie dwie godziny. Jeden krok, dwa oddechy... Jestem zmęczony tak jak nigdy w życiu. Nawet nie myślę o tym, że trzeba będzie jeszcze wrócić. 

alt
Fot.25 Krater – droga na szczyt.


Na szczycie jest grupa dziewczyn z Kanady. Wchodziły inną trasą. Poczekamy aż zrobią sobie zdjęcia i uruchomimy migawki naszych aparatów. 
09:30 jesteśmy na szczycie!!! Uhuru Peak 5895 m n.p.m. Najwyższa góra Afryki! Spełnił się mój sen!!! Happy Birthday!

alt
Fot.26 Na szczycie.


Pogoda była dla nas bardzo łaskawa. Przez cały dzień grzało słońce, o czym już wieczorem świadczyły nasze spalone nosy i usta. Jak już wspomniałem, nikt z nas nie posmarował się kremem z filtrem. Jeofrey przez cały czas nas straszył, że pogoda może się szybko zmienić i może nas złapać deszcz, ale tak się nie stało. Spalona skóra za kilka dni nam popękała i nie obyło się bez bólu.
Droga w dół, do obozu Baraffu, to była istna droga przez mękę. Trwała prawie 5 godzin.  Schodziliśmy inną ścieżką niż pod górę, bardziej stromą. Ostatkiem sił ślizgaliśmy się w wulkanicznym pyle. Droga nie miała końca. Starałem się odpoczywać gdzie się dało. Najchętniej bym się położył i spał niech dzieje się co chce, ale nasi przewodnicy nas poganiali. Przez cały czas byli przygotowani na to, żeby nas nieść i przyznaję, że nie miałbym nic przeciwko temu. Jedynie duma nie pozwoliła mi się poddać. Więc szliśmy, teraz już znacznie szybciej, ale siadając i odpoczywając co parę metrów. Zasypiałem na stojąco, bo przecież nie spaliśmy przez całą noc. Z obozu wysłali nam na przeciw jeszcze jednego tragarza. Teraz już było ich czterech na nas dwoje, żeby im łatwiej było nas nieść. Kiedy nas spotkał, był zdziwiony, że idziemy na własnych nogach. 

alt
Fot. 27 Zejście do Baraffu.


W tym dniu byliśmy ostatnimi turystami, którzy zeszli z góry do obozu Baraffu, ale szczęśliwi, że daliśmy radę. Co prawda, im niżej tym lepiej nam się oddychało, ale zmęczenie było nieprawdopodobne. Dzień się jednak jeszcze nie skończył.
W obozie Baraffu witają nas z owacjami. Czeka na nas obiad. Ja marzę tylko o śpiworze, nic innego mnie nie interesuje. Ale po obiedzie dają nam tylko 20 minut na krótki odpoczynek. Pakujemy swoje rzeczy, żeby zejść do obozu Millenium, do którego jest  jeszcze około dwóch godzin drogi w dół, na wysokość 3810 m n.p.m. Pierwotny plan zakładał, że pójdziemy jeszcze niżej, aż do obozu Mweka 3068 m n.p.m., ale to by trwało aż pięć godzin a to już dla mnie i Beaty byłoby zbyt wiele. 

alt
Fot.28 Przywitanie po powrocie do Baraffu.


Droga do obozu Millenium jest wprawdzie bardzo ładna, ale dla nas jest potwornym cierpieniem. Nawet nie wiem jak ją pokonaliśmy. Obóz znajduje się na granicy lasu tropikalnego. Dookoła nas niskie drzewa i świeże powietrze, którym doskonale się oddycha. W obozie jesteśmy zupełnie sami, tylko nasza grupa. 
Po kolacji po raz kolejny zaskoczył mnie kucharz Nelson, który z okazji moich urodzin przygotował tort w kształcie Kilimandżaro. Wszyscy ponownie zaśpiewali mi “Happy Birthday”, kiedy zdmuchnąłem świeczki. Ponownie byłem wzruszony. Kochani chłopcy!!! Moje najpiękniejsze urodziny...


14. marca 2013, Millenium Camp 3810 m n.p.m. – zejście do bramy Mweka Gate 1640 m n.p.m.


W nocy wszystkim było bardzo zimno. Być może ze zmęczenia i wyczerpania. Beata i Richie się przeziębili. Chłopcy również narzekali. Ja spałem jak niemowlę.

alt
Fot.29 Śniadanie w Millenium Camp.


Wstajemy bardzo wcześnie, czeka nas pięciogodzinna droga (około 25 km) przez tropikalny las. Po śniadaniu zbiórka, w czasie której nasi tragarze śpiewają nam i tańczą “Kilimanjaro, Hakuna Matata”. Następuje uroczyste rozdanie napiwków. Ich wysokość Wcześniej skonsultowałem z Richiem. Wszyscy są szczęśliwi i weseli.

alt

Fot.30 Ostatnie wspólne zdjęcie w Millenium Camp.


Droga przez las jest bardzo ciekawa. Znów widzimy potężne drzewa, liany i mnóstwo kwiatów. Jedynym problemem jest to, że musimy pokonać ponad 2000 m wysokości. Cały czas w dół i w dół. Niektórzy skarżą się na kolana, Beata na obtarte w butach palce. Mnie idzie się bardzo dobrze. 
Droga, którą schodzimy, przeznaczona jest tyko do zejścia w dół. Po około dwóch godzinach mijamy pusty obóz Mweka. Wczoraj już nie dalibyśmy rady tutaj dojść. 
Do bramy Mweka Gate docieramy po godz. 13-tej. Tu już czeka nasz autobus, który zawiezie nas do Ilboru Safari Lodge w Arushy. Nasza przygoda z Kilimandżaro się kończy.

alt
Fot.31 Wręczenie certyfikatów o zdobyciu góry.


l  l  l


Tydzień później, kiedy lecimy samolotem z Zanzibaru do Nairobi, kapitan informuję nas, że za parę minut zobaczymy przez okno Kilimandżaro. Cała Afryka pod nami jest w chmurach. Zaczyna się pora deszczowa. Wyglądamy przez okno samolotu i.... JEST!!! Widać szczyt wulkanu! Góra bogów, wystająca wysoko ponad chmury, daleko ponad świat zwykłych ludzi. A my na niej byliśmy. Tej przygody nie zapomnimy do końca życia.

alt
Fot.32 Góra bogów.


Tekst i zdjęcia: Juraj Tobola

13 Cze 2013
Drukuj PDF

Logowanie

Współpracują z nami

  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy
  • Partnerzy